Ricardo - prześladowca Anglików



Konkurs rzutów karnych z ćwierćfinału Euro 2004 pomiędzy Portugalią a Anglią zapisał się w pamięci kibiców przynajmniej z dwóch powodów. Pierwszym z nich był strzał Davida Beckhama. Wielki piłkarz i jeszcze większy gwiazdor, wówczas już jeden ze słynnych madryckich Galacticos, wykonał jedną z najbardziej ikonicznych, i absurdalnych zarazem, "jedenastek" w historii turnieju. Anglik nie okiełznał potężnej mocy drzemiącej w kultowych korkach Predator i powybijał szyby w samochodach na parkingu pod stadionem. Później zdążył jeszcze nerwowo spojrzeć na kępkę trawy, z której kopał piłkę. Być może rzeczywiście, cytując Tomasza Hajtę, błąd popełniła murawa, bowiem kilka minut później rozczarowany Rui Costa także wpatrywał się w nieszczęsny zielony pęk.

W zupełnie innym nastroju mecz wspominać może portugalski bramkarz Ricardo. Wielkiej kariery klubowej nie zrobił. Większość swojej przygody z piłką spędził w ojczyźnie. W ciągu dziewięciu lat spędzonych w Boaviście wygrał mistrzostwo kraju w 2001 roku oraz Puchar Portugalii i Superpuchar Portugalii cztery lata wcześniej. W barwach Sportingu zdołał jedynie dojść do finału Pucharu UEFA w 2005 roku i wygrać Puchar Portugalii (2007 r.) Następnie nadszedł rozczarowujący okres w hiszpańskim Realu Betis i epizod w angielskim Leicester, po którym Ricardo powrócił do macierzy. Ricardo należał jednak do tej grupy piłkarzy, którzy przywdziewając koszulkę narodową, wchodzili na zupełnie inny poziom.

Wróćmy do serii jedenastek z ćwierćfinału mistrzostw Europy. Przez długi czas wydawało się, że Ricardo jest bezsilny. Oprócz Beckhama, każdy kolejny reprezentant Synów Albionu trafiał do siatki. Wynik 5:5 po szóstej serii. Wtedy swój marsz w kierunku pola karnego rozpoczął Darius Vassell. - "Spoglądałem na sędziego liniowego. Wydawało mi się, że za każdym razem, kiedy byłem blisko obronienia strzału, on wzdychał. Powiedziałem sobie - On chce żebyśmy wygrali" - wspominał po latach Portugalczyk. - "Spojrzałem na swoje ręce. Musiałem coś zrobić! Ściągnąłem rękawice. Do dziś nie wiem, dlaczego to zrobiłem. Vassell wyglądał na mocno poddenerwowanego."

Anglik nie udźwignął presji - rozbrojony ze swoich rękawic Ricardo bez problemu obronił jego strzał, po czym wziął piłkę pod pachę i ustawił ją na jedenastym metrze. Sam chciał zakończyć ten pojedynek. "Przed karnymi powiedziałem trenerowi, że chcę strzelać, a on pozwolił mi uderzać w decydującej kolejce." Ricardo się nie pomylił. Strzelił mocno w prawy dolny róg bramki. David James nie miał żadnych szans. 6:5 dla Portugalczyków.

Dwa lata później, w ćwierćfinale mundialu, Anglicy ponownie trafili na starych znajomych. Mecz również zakończył się remisem i o awansie do półfinału znów zadecydować miał konkurs rzutów karnych. Ricardo zdawał sobie sprawę, co jest kluczem do zwycięstwa. Przed karnymi powiedział do kolegów z drużyny, że jeśli obroni strzał w pierwszej kolejce, Portugalia zwycięży. Zadanie nie należało do najłatwiejszych. Do piłki zmierzał Frank Lampard. Ricardo obronił jego strzał. W drugiej kolejce Owen Hargreaves okazał się lepszy od Portugalczyka. Następnie uderzać miał Steven Gerrard.

- "Nie potrzebowałem go rozpraszać. Gdybym to zrobił, sam nie byłbym w stanie się skoncentrować. Przyglądałem się mu, uczyłem się go, czytałem jego zachowanie. Gerrard nie chciał na mnie patrzeć. Na twarzy jego i pozostałych Anglików wypisane były słowa "O mój Boże". Ricardo obronił strzał Gerrarda.

Następny w kolejce był Jamie Carragher. Stres zjadł angielskiego obrońcę. Carragher nie wytrzymał presji i strzelił zanim sędzia dmuchnął w gwizdek. Musiał powtórzyć swoją próbę. W głowie Ricardo pojawiła się myśl, że podczas drugiego podejścia Anglik zmieni róg. Tak też się stało. Ricardo sparował piłkę na słupek. Obronił trzeci rzut karny. Więcej nie musiał. Cristiano Ronaldo zakończył ten ćwierćfinał. Portugalia awansowała do półfinału, Ricardo po raz kolejny doprowadził Brytyjczyków do łez. Dwa lata wcześniej spoglądał na arbitra liniowego i powtarzał w myślach, że sędzia mu kibicuje. Tym razem uciekał wzrokiem na trybuny, na twarze dwóch portugalskich kibiców otoczonych oceanem ludzi ubranych w białe koszulki.

Portugalczyk nie wystrzegał się błędów. Zdarzały mu się gorsze mecze i pechowe interwencje, jak ta z 2007 roku, kiedy to po strzale Jacka Krzynówka piłka uderzyła portugalskiego bramkarza w plecy i wtoczyła się do bramki. Zakończył karierę jako klubowy średniak i bohater reprezentacji. No i jako Bóg rzutów karnych, największy koszmar Anglików.

*Cytaty pochodzą z tekstów opublikowanych na telegraph.co.uk i uefa.com

Pech, sukces, historia


Adam Nawałka pierwszym w historii selekcjonerem reprezentacji Polski, który wprowadził kadrę do mistrzostw Europy
i mistrzostw świata.

W poważną piłkę zaczął grać w wieku 18 lat, kiedy to debiutował w lidze w barwach krakowskiej Wisły. Wisły, której oddany był niemal przez całą swoją karierę. Spędził tam 10 lat. Wystąpił w 190. meczach. W sezonie 1977/78 zdobył mistrzostwo Polski oraz tytuł "Odkrycia Roku" nadawany przez tygodnik "Piłka Nożna". Przygodę z grą zakończył w Stanach, reprezentując polonijny klub Polish - American Eagles.

W reprezentacji debiutował w roku 1977 podczas spotkania z Węgrami. Mecz przegraliśmy 1:2, ale debiutujący Nawałka zdobył wówczas bramkę. Jedyną w swojej, niestety krótkiej, reprezentacyjnej karierze.

Selekcjoner Jacek Gmoch zachwycał się młodziutkim defensywnym pomocnikiem. Zabrał Nawałkę na mundial do Argentyny, gdzie obecny selekcjoner był podstawowym zawodnikiem drużyny. Został nawet wybrany do "jedenastki" turnieju najlepszych zawodników młodego pokolenia.

Grę w kadrze zakończył już w wieku 23 lat. Na drodze stanęły poważne problemy z kolanem. Stefan Szczepłek w swojej "Historii Futbolu" wspomina, że w ciągu kilku sezonów Nawałka przeszedł aż osiem operacji prawego kolana.

Grzeczny, świetnie ułożony poza boiskiem, ale też waleczny i pewny siebie na murawie. W szatni Wisły nosił przydomek "Ciepły", który zawdzięczał swojemu charakterystycznemu, zawsze nienagannemu wyglądowi. Niezwykle popularny - kolegował się z najważniejszymi postaciami polskiej kultury, ale też twardo stąpający po ziemi - nigdy nie pozwolił, by sława przeszkodziła mu w karierze.

Adam Nawałka - niespełniony piłkarz i selekcjoner, który właśnie przeszedł do historii.

Mickiewiczowski wskrzesiciel narodu


Gdy we wrześniu 2009 roku Dariusz Szpakowski wygłaszał do bólu szczery, przytłaczający monolog podsumowujący tragiczne eliminacje do mundialu, polska piłka jawiła się przed kibiców obliczem, jak to Mickiewicz pisał, prochem i niczem. 

Reprezentacja, która wywalczyła historyczny awans do Euro 2008 była tylko wspomnieniem, cudotwórca Beenhakker przestał być magikiem, a stojący u steru łajby PZPNu Grzegorz Lato dryfował ku najpłytszej z mielizn. Naszym przeznaczeniem, jak u wieszcza, było wygnanie.

Na wygnaniu tym przegapiliśmy dwa mundiale. W 2012 roku dano nam jednak szansę powrócić, choć na moment, do świata żywych i zorganizować piękny bal. O ile impreza była doskonała, to inni bawili się świetnie, a gospodarz nie wytrzymał tempa i dość szybko zawinął się do spania.

Mijały lata, kopacze przeobrażali się w piłkarzy, zbieranina chłopców stała się drużyną, władzę przejęli odpowiedni ludzie, a słowa "reprezentacja Polski w piłce nożnej" znów brzmią dumnie. A drogą tą wraz z kadrą kroczył On - Robert Lewandowski. 

Debiutował w roku 2008, gdy męczyliśmy się na pastwisku w San Marino. Powoli dojrzewał, cztery lata później miał prowadzić naszego oszukanego, a nie dostojnego poloneza w wyżej wspomnianym balu i choć sam spisywał się nieźle, partnerzy i główny choreograf nie pozwolili na długi pobyt w tańcu z gwiazdami. Następnie nadeszły czarne miesiące, w sumie aż 24, podczas których Lewy strzelił w kadrze tylko osiem goli. Kibice gwizdali, on sam się denerwował, a gdy już się odblokował to prowokacyjnie uciszał trybuny.

Jednak pewnego dnia Lewy postanowił wystrzelić tak naprawdę i gdy odpowiednio przymruży się oczy, to okazuje się, że 200 lat temu sam Mickiewicz o tym pisał.

Bo jak już zostało wcześniej wspomniane, po tragicznym roku 2009 naszym losem było z poważnej piłki wygnanie. I tak jak ksiądz Piotr w swoim widzeniu zastanawiał się, czy całe pokolenie Polaków zostanie stracone do końca, to dziecię uszło, urosło i, choć nie jest to jak wieszcz prawił obrońca, to na pewno wskrzesiciel narodu. Może nie z matki obcej, może jego krew to nie dawne bohatery i imię to też niekoniecznie czterdzieści i cztery, bo nawet goli w kadrze nastrzelał już więcej, ale nadszedł w końcu po latach, w których lud cierpiał i ku niebu, a może raczej ku kolejnemu wielkiemu turnieju swą drużynę wznosi. I choć od jego stóp biała jak śnieg szata nie wionie, to w zamian białą jak śnieg przywdziewa koszulkę, a na niej orzeł w koronie. Gdy pokazuje ludom dłoń, nie jest ona przebita, ale w innym geście triumfu kolejne gole odlicza. Był dzieckiem i urósł - duszą i ciałem. Z drobnego chłopca stał się taranem. Może świat nie drży, gdy woła, ale już gdy z piłką przy nodze mknie to drży każda obrona. Lud kibiców lata wycierpiał, jego przyjścia nie dało się przyśpieszyć. Ale wreszcie przybył...

I cieszmy się, że jest, że możemy podziwiać go na żywo, śledzić jego drogę i po prostu żyć w czasach gościa, który bije wszelkie rekordy. Gościa, który już jest legendą i bohaterem tych pięknych opowieści, które w przyszłości snuć będziemy przysłuchującym się z zazdrością naszym dzieciom i wnukom. Gościa, którego wyczyny będziemy wspominać z łezką oku, gdy za 30 lat będzie siedział w studiu w roli eksperta. 

Gościa, którego imię to Robert Lewandowski.

Nieważne jak zaczynasz


Na własnej skórze tego nie odczułem i nie poczuję nigdy, ale nie trudno stwierdzić, że piłkarz, który zmienia klub, a jego transfer wart jest ponad sto milionów euro, potrzebuje między innymi niebywale silnej psychiki i spokoju.

Ousmane Dembele może i ma nerwy ze stali, czego niestety nie można powiedzieć o jego mięśniach. Może i Francuz będzie miał teraz dużo wolnego czasu, ale spokoju i tak nie zazna. Kontuzja wyklucza go z gry na minimum cztery miesiące. Miesiące być może najważniejsze w karierze.

Kilka tygodni temu dwudziestoletni chłopak zniesmaczył swoim zachowaniem wielu. Bunt, bojkot treningów, pokazanie Borussii środkowego palca. Część fanów kopanej go za to wyklęła, inni próbowali zrozumieć. Bo Dembele czuł, że jedną ręką trzyma Boga za nogę, że lada moment może się znaleźć w miejscu, o którym marzą miliony. Gdy jego rówieśnicy szykują się do rozpoczęcia pierwszego roku studiów i odliczają dni do przeprowadzki do akademika, on wnosił właśnie swoje walizki do domu marzeń, w którym pokój dzielić miał z najwybitniejszymi tego sportu.

Mówi się, że na uraz wpływ miało odpuszczenie treningów w Borussii. Może to po prostu pechowy wypadek, który mógł przytrafić się każdemu z obecnych na murawie piłkarzy. A może rzeczywiście kilkudniowa przerwa w pracy obniżyła wytrzymałość młodych mięśni, a futbolowa karma, która co jakiś czas zagląda na piłkarskie boiska i wymierza sprawiedliwość, tym razem pokarała dwudziestolatka za jego młodzieńczy brak pokory i chwile zapomnienia.

Nie ma sensu spekulować, co dalej z Ousmanem Dembele. Teoretycznie kilkumiesięczna przerwa w stosunku do kilkunastu lat kopania piłki, które jeszcze przed Francuzem, nie powinna mieć wielkiego znaczenia. Niestety, przytrafiła się w momencie, w którym chłopak miał spokojnie zadomowić się w drużynie, przedstawić kibicom i udowodnić, przede wszystkim samemu sobie, że jest już poważnym Panem Piłkarzem.

Tymczasem, przez najbliższe kilka miesięcy Dembele wciąż będzie dzieciakiem, za którego zapłacono niemoralnie duże pieniądze, niesprawdzonym w bojach następcą Neymara, po którym nikt tak naprawdę nie wie czego się spodziewać. I Francuz tych wątpliwości póki co nie rozwieje. A presja będzie rosnąć. A pewność siebie będzie spadać...

Zhańbieni - Analiza taktyczna


W pomeczowym wywiadzie Robert Lewandowski przyznał, że Polacy grali tak, jak życzyli sobie tego Duńczycy - długą piłką, bez konkretnego pomysłu, nerwowo i nieskutecznie. W tej opinii wtórował mu także Kamil Grosicki i chyba wszyscy świadkowie wczorajszej kompromitacji. Postanowiłem przebrnąć przez mecz jeszcze raz i znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego wyglądało to tak, a nie inaczej.

Dużo mówiło się przed meczem o tym, że kluczem do osiągnięcia korzystnego rezultatu będzie zdominowanie środka pola. I dokładnie tak się stało. Duńska druga linia z Eriksenem, Delaneyem i Kvistem zjadła nasze trio Zieliński - Mączyński - Linetty. Ważną rolę odegrali w tym także skrzydłowi naszych rywali. Pione Sisto i Andreas Cornelius schodzili do środka pola, zagęszczali przestrzeń i skutecznie wywierali presję na naszych rozgrywających.



Na powyższym zdjęciu doskonale widać ten schemat. Dwóch środkowych pomocników biegnie ramię w ramię z prowadzącym piłkę Zielińskim. Trzeci zawodnik (Kvist, biegnący obok sędziego) asekuruje tę dwójkę kilka metrów za nimi i tylko czeka, by odwrócić się i zaatakować polskiego piłkarza, gdyby ten zdołał przedrzeć się przez pierwsze zasieki. Dwaj skrzydłowi schodzą do środka. O ile rola Sisto nie jest tu najważniejsza, to ustawienie Corneliusa ma duże znaczenie. Gdyby Zieliński podał piłkę do biegnącego obok niego drugiego z naszych zawodników, Cornelius mógłby przyśpieszyć i zaatakować od tyłu. W okolicach półkola środka boiska znajduje się czterech Duńczyków. Naszych piłkarzy jest dwóch, a do pomocy schodzi jeszcze Robert Lewandowski, który we wczorajszym meczu często cofał się po piłkę, ponieważ widział, jak duże problemy sprawia nam jej rozegranie. Piotr Zieliński popełniał dużo błędów technicznych, notował straty, podawał niecelnie lub za mocno. Przede wszystkim był też mało widoczny, przez co Polacy mieli problem ze stwarzaniem jakiegokolwiek zagrożenia pod bramką rywali. Duńczycy zdawali sobie sprawę z tego, jak bardzo niebezpiecznym zawodnikiem jest gracz Napoli, dlatego atakowali go siłą dwóch, a czasem nawet trzech graczy.



Kvist, Delaney, Eriksen - cała trójka wywiera presję na Zielińskiego, który ma praktycznie jedną możliwość - podać piłkę do ściśle krytego Lewandowskiego. Nikt z dwójki Linetty - Mączyński nie pokazuje się do gry. Brak ruchu w drugiej linii był wczoraj aż nadto widoczny. Między innymi dlatego nie potrafiliśmy wymienić kilku składnych podań i szukaliśmy długich piłek na Lewandowskiego. Z góry zresztą skazanych na niepowodzenie, ponieważ nawet jeśli Robert wygrał pojedynek główkowy, to żaden z naszych zawodników nie podchodził wyżej, by przechwycić zgraną piłkę.



Wszelkie próby wyprowadzenia składnej akcji spod naszej bramki spisane były na straty. Zawodnik z piłką (niebieski okrąg) nie ma ŻADNEJ sensownej opcji do podania. Dwóch Polaków zaznaczonych na czerwono dubluje swoje pozycje, nie podejmują żadnej inicjatywy, by wyjść na pozycję i dać koledze możliwość do zagrania. Wycofanie piłki także jest niemożliwe, ponieważ na jej drodze stoi trzech piłkarzy w czerwonych koszulkach. Biegnący środkiem Kamil Grosicki również jest odcięty od podania. W zaznaczonej na żółto strefie brakuje polskiego zawodnika. Lewandowski nie może cofać się tak głęboko, w zaznaczonym obszarze zdecydowanie brakuje Piotra Zielińskiego.

Najważniejszym elementem gry Duńczyków, który sprawił, że graliśmy tak, jak graliśmy, a więc z pominięciem środkowej strefy boiska, było wysokie podejście naszych rywali, podczas próby wyprowadzenia przez Polaków akcji spod własnej bramki.



Dwie linie duńskich graczy stoją przed naszymi zawodnikami. Pazdan i Glik nie są w stanie sensownie rozegrać piłki, ponieważ nasi rywale kompletnie wyłączają z gry pozostałych Polaków. Zatrważająca jest bierność Mączyńskiego i Linettego, którzy przyglądają się bezradności stoperów. Przypomnijmy sobie najlepsze mecze kadry pod wodzą Nawałki. Grzegorz Krychowiak schodził zawsze do pary środkowych obrońców i stwarzał tym samym opcję do rozegrania piłki. Wczoraj nasz duet środkowych pomocników bardzo często ustawiony był w jednej linii i nie wykazywał chęci do otrzymania futbolówki. Gra była statyczna i przewidywalna. Duńczycy samym ustawieniem potrafili zneutralizować naszych zawodników i zmusić ich do prób dalekich zagrań na osamotnionego Roberta Lewandowskiego.







Taka sama sytuacja powtarzała się przez cały mecz. Mączyński i Linetty chowają się za Duńczykami. Zawodnik z piłką ma praktycznie zerowe możliwości rozegrania. Musi grać do najbliższego partnera (który i tak jest pilnowany) lub decydować się na bezmyślne kopnięcie do przodu. Ostatnie zdjęcie jest najbardziej dołujące. Na zegarze mija właśnie 70. minuta, Polacy przegrywają 0:3, a aż czterech Duńczyków stoi pod naszym polem karnym i blokuje jakikolwiek obiecujący pomysł na wyjście z atakiem. 

Oprócz mądrego ustawienia, nasi rywale podejmowali nieustanne próby agresywnego pressingu, szczególnie w bocznych sektorach boiska, co daje większe szanse na powodzenie, bowiem zawodnik z piłką ma jedynie trzy kierunki do gry.





Proste, a jak skuteczne. Dwóch zawodników wystarczy, by zmusić rywala do błędu i oddania piłki. Duńczycy nie byli nie do pokonania. Co więcej, nie grali piłki finezyjnej, po której trzeba byłoby zbierać szczękę z podłogi. Potrafili natomiast wywrzeć presję i wykazywali zaangażowanie. Nam tego brakowało.



Polacy naciskali rywala w ten sposób. Zawodnik w czerwonej koszulce może swobodnie przyjąć trudną piłkę, stojąc 20 metrów od naszej bramki. Piłkarze Nawałki w tym czasie spokojnie sobie truchtają i patrzą, jak Duńczyk opanowuje futbolówkę. Do ataku niezdecydowanie podchodzi tylko Kamil Glik. Jakub Błaszczykowski bez pośpiechu podąża, by pomóc koledze. Dwaj środkowi pomocnicy, zaznaczeni na niebiesko, nie kwapią się zbytnio by zbliżyć się do rywala i zagęścić obszar boiska.



I czas na nasze wyjście do pressingu. Na zegarze 58. minuta, Duńczycy wygrywają 2:0. Pamiętacie presję jaką rywale wywierali na naszych piłkarzy w 70. minucie, prowadząc 3:0? My natomiast w ogóle nie przesuwamy się do przodu, jedynie zawodnik zaznaczony na czerwono podejmuje próbę założenia pressingu. Jednak taka akcja w wykonaniu jednego piłkarza nie ma żadnego sensu. Czas leci, a Duńczycy sobie swobodnie rozgrywają piłkę. Oni nie muszą już grać do przodu...

Christian Eriksen - wiadomo piłkarz genialny, reżyser gry Tottenhamu i reprezentacji. Zawodnik, który jest w stanie rozstrzygnąć losy meczu jednym podaniem lub jednym strzałem. Wczoraj dwie asysty i gol. Polacy zupełnie sobie z nim nie radzili, zostawiając mu mnóstwo miejsca w środkowej strefie boiska. Trudno powiedzieć czy wynikało to z błędów naszych zawodników w ustawieniu, czy też z geniuszu duńskiego rozgrywającego, dzięki któremu błyskawicznie i niezauważenie był w stanie wymknąć się nam spod kontroli. 









Eriksen bez trudu znajduje się w wolnych przestrzeniach. Nasi piłkarze są zdecydowanie za daleko, atakują go, gdy ten przygotowany jest już do podania lub oddania strzału. Duńczyk na zmianę uciekał Linettemu i Mączyńskiemu. Brakowało też bliższego podejścia Zielińskiego, czy też Grosickiego, który na trzeciej stopklatce mógłby wywrzeć presję na przeciwniku. Sytuacja przedstawiona na czwartym zdjęciu zakończyła się pięknym uderzeniem i zdobyciem gola na 4:0. Krzysztof Mączyński zajmuje bezsensowną pozycję. Nie jest w stanie utrudnić gry piłkarzowi, którego ma przed sobą, a zarazem nie odcina od podania oznaczonego kolorem czerwonym Eriksena. Błąd popełnia też dwójka graczy zaznaczona żółtym okręgiem. Piłkarz z prawej strony (Makuszewski?) powinien podejść bliżej rozgrywanej akcji, tym samym ograniczając możliwości Duńczyka. To samo dotyczy Arkadiusza Milika. Kilka kroków wykonanych w stronę własnej bramki znacznie uprzykrzyłoby życie Eriksenowi.

Skoro przy golach jesteśmy, warto przyjrzeć się jeszcze raz rzutowi rożnemu, po którym Duńczycy otworzyli wynik.





Wiadomo, Delaney uciekł Zielińskiemu, znalazł się bez krycia i strzelił gola. Spójrzcie jednak na rolę, jaką przy tej bramce odegrał zawodnik w żółtym okręgu. Delaney zaczyna biec do przodu, w tym czasie piłkarz zaznaczony na żółto stoi w miejscu. Zieliński chce podążyć za graczem, który za chwilę trafi do siatki, jednak wpada na Piszczka - cały czas pilnującego piłkarza w żółtym okręgu. Ostatecznie zaznaczony na żółto zawodnik zostaje w miejscu, w którym był przed wykonaniem stałego fragmentu gry, obaj Polacy zderzają się ze sobą, a Delaney pozostaje bez opieki i z łatwością oddaje strzał.

Na koniec zachowanie naszego zespołu przy golu numer trzy.





Oczywiście największe błędy w tej akcji popełnili Michał Pazdan (wybił piłkę pod nogi rywala) i Łukasz Fabiański (odbił futbolówkę przed siebie), ale warto zwrócić uwagę na to, jak (nie)pilnowany jest strzelec bramki Jorgensen. Między kopnięciem piłki w pole karne, a oddaniem strzału przez piłkarza z numerem 9. (Jorgensen) minęło pięć sekund. W piłce nożnej, grze, w której decyzje podejmuje się w ułamkach sekund, jest to szmat czasu. W ciągu tych pięciu sekund Jorgensen stał cały czas bez jakiejkolwiek opieki. Dodatkowo, co widać na ostatniej stopklatce, trzyma rękę w górze, pokazując, że jest wolny do grania. Nasi zawodnicy nie reagują. Jakub Błaszczykowski stoi w miejscu i przygląda się całej akcji. Można próbować bronić go tym, że stara się pilnować gracza z numerem 17. Zupełny brak orientacji w akcji wykazuje piłkarz w żółtym okręgu (Mączyński), spóźniony jest też Linetty (pomarańczowy okrąg). Jeden wielki chaos w naszym polu karnym i przegrywamy 0:3.

Po meczu selekcjoner Duńczyków stwierdził, że kluczem do zwycięstwa było wprowadzenie niepokoju wśród naszych zawodników. Udało się to dzięki agresywnemu pressingowi i wysokiemu ustawieniu wszystkich formacji. Age Hareide mówił też, że przyjęta przez nich taktyka była dość ryzykowna. To prawda, gdyby Polacy potrafili wykorzystać ofensywne nastawienie przeciwnika, szczelnie zablokować środek pola, współpracować ze sobą między formacjami i kontrować - mecz mógłby się zakończyć zupełnie inaczej. Selekcjoner naszych rywali chwalił też swoich graczy za zaangażowanie. Zaangażowanie, którego u nas zabrakło na każdej pozycji. Tomasz Hajto miał rację: wszystko w piłce się zmienia, ale i tak koniec końców wygrywa ten, komu bardziej zależy na trzech punktach. U nas tej chęci widać nie było. Lodowaty prysznic się przydał. Miejmy nadzieję, że chłopaki wyjdą na poniedziałkowy mecz podwójnie zmotywowani. A wtedy rozniesiemy Kazachów.


Książę życia powraca


Zachwycony jest Tony Pulis, który podkreśla, że wreszcie dostał gracza, którego wypatrzył sobie kiedyś, biegającego w andaluzyjskim słońcu, i w którym zakochał się od pierwszego wejrzenia. Zachwycona jest liczna grupa Polaków mieszkająca w okolicach West Bromwich i Birmingham, bo Krycha biegający po murawie stadionu The Howthorns choć trochę przybliży im ojczyznę, za którą na pewno większość z nich tęskni. Z tego powodu zachwyceni mogą też być włodarze klubu - koszulki z "Krychą" na pewno znajdą wielu szczęśliwych właścicieli, a i na trybunach przybędzie zapewne trochę nowych twarzy. Nowi koledzy z zespołu też się ucieszą, Krychowiak przychodzi jako gwiazda, trochę wyblakła i odrobinę spadająca, ale ze sporymi szansami na ponowne rozbłyśnięcie. Do ekipy solidnych, brytyjskich wyrobników, trafia dwukrotny zwycięzca Ligi Europy, gość, który rok temu zachwycał na Euro. Morale, i tak wysokie na początku tego sezonu, mają prawo wystrzelić w górę.

Jednak przede wszystkim uśmiechnięty od ucha do ucha może być sam główny bohater opowieści. Szanse na pierwszy skład są ogromne, powrót do reprezentacji niemal pewny, a i pensja pewnie nie najgorsza. Najważniejsze jest jednak to, że Krycha trafia do ligi skrojonej pod preferowany przez niego styl gry. Walka, dynamika, pojedynki bark w bark, gruchot kości, a wszystko to otulone pokrzykami wariujących kibiców. W West Bromie nikt nie będzie oczekiwał od Krychy finezji Verattiego. Doceniony zostanie nawet po wybiciu piłki na aut.

W całej tej historii dużą rolę odegra też czas. Grzegorz nie grał w poważną piłkę od kilku miesięcy, nie pojechał na przedsezonowe zgrupowanie z PSG. Teraz trafia do drużyny, której zawodnicy już są, albo powoli dochodzą, do optymalnej dyspozycji. On te braki szybko będzie musiał nadrobić. Początki będą trudne, zdarzą się błędy techniczne i nietrafione decyzje. Ale Krychowiak otrzyma kredyt zaufania i go wykorzysta. To pewne.

Nie mogę doczekać się pierwszego meczu Grzegorza, jego pierwszego udanego odbioru, pierwszego czystego wślizgu, pierwszej wygranej walki bark w bark i pierwszej owacji na stojąco. Niebo nad The Howthorns często pokryte jest ciemnymi chmurami, ale wydaje się, że nad karierą Krychy ponownie pojawiają się promyki słońca. Może nie tak gorące jak te w Sewilli, ale to dopiero początek. Poza tym wyobraźcie sobie tę scenę - sobota, godzina 19.00. Pada deszcz, mocno wieje (może nie tak strasznie jak w listopadowy wieczór w Stoke), a po murawie z piłką biegnie taki Alexis Sanchez. A za nim długie susy sadzi Grzesiek Krychowiak i na dwudziestym piątym metrze atakuje czystym wślizgiem, odbierając mu piłkę. Jezu, pasuje idealnie.

Człowiek, który nauczył świat strzelać wolne


To był wyrok. Oliver Kahn rozpaczliwie dreptał w kierunku nadlatującej piłki, interweniując wpadł jeszcze na słupek, ale koniec końców nie był w stanie zapobiec egzekucji. Wyciągając piłkę z siatki, mógł jedynie z niedowierzaniem kręcić głową. Juninho Pernambucano znowu to zrobił. Po raz kolejny w magiczny sposób zamienił rzut wolny na gola. Co z tego, że bramka oddalona była o 35 metrów, a dostępu do niej strzegł jeden z najlepszych ówcześnie bramkarzy na świecie.
"Jest moją inspiracją"


Powiedzieć, że Juninho słynął z rzutów wolnych, to nie powiedzieć nic. Brazylijski rozgrywający zdefiniował je na nowo. Mówisz wolny - myślisz Juninho. Sprawił, że stały się równie zabójcze co rzuty karne. On wręcz nauczał piłkarski świat, jak uderzać stojącą piłkę. Jednym z jego uczniów był Andrea Pirlo. Cały rozdział w autobiografii włoskiego piłkarza poświęcony jest Brazylijczykowi.

"Ten człowiek robił z piłką nieprawdopodobne rzeczy. Był jak dyrygent, który dyryguje swoją orkiestrą za pomocą batuty trzymanej stopą. [...] Obserwowałem go, kolekcjonowałem nagrania jego strzałów, zbierałem nawet stare fotografie, których był bohaterem. Starałem się podpatrzeć gdzie kopie piłkę, a nie jak to robi. Dlatego kiedy wychodziłem na boisko, by ćwiczyć rzuty wolne, nie mogłem trafić w bramkę."

"Sekret Juninho był moją obsesją. Myślałem o tym codziennie. Olśnienie nadeszło, gdy siedziałem w toalecie. Zrozumiałem, że magicznym rozwiązaniem jest to, w jaki sposób Juninho uderza piłkę, a nie gdzie celuje - tylko trzy palce powinny mieć kontakt z piłką."


Następnego dnia Pirlo wcześniej pojawił się na boisku treningowym. Zastał tam jednego z członków sztabu, który przygotowywał plac do zajęć. Włoch poprosił go o piłkę. Ustawił ją kilkanaście metrów od bramki, wziął rozbieg, uderzył futbolówkę i trafił do pustej bramki. Chwilę później piłka ponownie ugrzęzła w siatce. Sekret został złamany, lecz powtarzalność Brazylijczyka była nie do przebicia.

Przed mundialem w Brazylii Juninho odwiedził ośrodek treningowy reprezentacji Włoch. Spotkał się tam między innymi z Andreą Pirlo. Po wizycie komplementował włoskiego pomocnika - "Pirlo jest demonem. Nie tylko skopiował moją technikę strzału, on ją ulepszył. Gdybym nadal grał, starałbym się stać od niego lepszym, ale musiałby mnie nauczyć swojego sposobu."

Juninho przebył drogę, którą rzadko podążają gwiazdy brazylijskiego futbolu. Zanim trafił na Stary Kontynent zdążył rozegrać ponad 100 meczów w barwach Vasco da Gama. Dwukrotnie wygrał ligę brazylijską, tryumfował też w rozgrywkach Copa Libertadores. Z tamtym okresem wiąże się pewna niesamowita historia. Juninho jednego dnia wystąpił w dwóch meczach rozgrywanych w dwóch różnych państwach. We wrześniu 1999 roku najpierw pojawił się na boisku w spotkaniu przeciwko Argentynie, by kilka godzin później, wraz z kolegami z Vasco da Gamy, lecieć do Urugwaju na konfrontację z Clubem Nacional de Football.

Do Lyonu trafił w wakacje dwutysięcznego roku. Dwa lata później Olympique zdobywa pierwszy w historii tytuł mistrza Francji. Rozpoczyna się kosmiczna era. Juninho prowadzi swoich kolegów do siedmiu z rzędu tryumfów w lidze, Lyon trzykrotnie osiąga ćwierćfinał Ligi Mistrzów. Nikt nie chce grać przeciwko klubowi ze wschodniej Francji, wszyscy boją się maszyny napędzanej m.in. przez brazylijskiego pomocnika. W 2009 roku Juninho opuszcza Lyon i trafia do Kataru. Wraz z jego odejściem kończy się mistrzowska passa Olympique'u. Od 8 lat klub nie jest w stanie nawiązać walki o krajowy tytuł.

W styczniu 2014 roku Juninho Pernambucano zdecydował, że więcej wolnych już nie wykona. Zakończył swoją profesjonalną karierę w dniu swoich 39. urodzin. Na zwołanej z tej okazji konferencji prasowej zalał się łzami. Bramkarze odetchnęli z ulgą - wcześniej to oni płakali z powodu ustawiającego piłkę na trzydziestym metrze Brazylijczyka...

Przemek Gołaszewski