Gennaro Gattuso - boiskowy gladiator


Swoją determinacją i nieustępliwością wzbudzał miłość wśród kibiców, ale też lęk pośród rywali. Zabranie piłki nadbiegającemu przeciwnikowi było dla niego sprawą życia i śmierci. Gennaro Gattuso do dziś wspominany jest jako jeden z największych piłkarskich wojowników. Dosyć zaskakujący może wydawać się fakt, że podczas swojej trzynastoletniej przygody na San Siro obejrzał tylko jedną czerwoną kartkę.

W wieku dziewiętnastu lat Gattuso związał się z drużyną Rangersów i choć kontakt ze szkocką piłką nie trwał długo, bo zaledwie rok, to i tak miał ogromny wpływ na karierę i życie Włocha. Charakterystycznego, agresywnego stylu gry uczył się właśnie w Szkocji. Za czasów swoich występów w barwach The Gers poznał też mającą włoskie korzenie Monicę Romano, która kilka lat później zostanie jego żoną.

W roku 1999 Gattuso trafił do Milanu. Jak sam przyznał, „był to klub jego dzieciństwa, który pozwolił mu grać razem z wielkimi mistrzami.” Jednym z nich był Andrea Pirlo, z którym Gattuso stworzył duet będący fundamentem wielkiego Milanu z początku XXI wieku, a następnie drużyny narodowej. Artysta miał za swoimi plecami człowieka, który pozwolił mu skupić się tylko na kreacji. Gattuso doskonale zdawał sobie sprawę z roli, którą wypełniał. Roli może nie widowiskowej, ale bezsprzecznie kluczowej. Nie miał też wątpliwości, kto ma zachwycać kibiców, a kto odwalać czarną robotę. - Kiedy patrzę na to, jak Andrea gra w piłkę, pytam samego siebie, czy na pewno jestem piłkarzem - stwierdził w jednym z wywiadów.

Heroiczna praca Gattuso nie zawsze była widoczna. Kibice często zapamiętywali wyłącznie jego faule, natomiast dla menedżera był to gracz niezastąpiony. Carlo Ancelotti powiedział nawet, że Gattuso traktował jak brata, wyznałby mu wszystko to, czego nie przekazałby nikomu innemu.
 

Życie tak wielkiego wojownika nie może być krystalicznie czyste. Włoch często dawał ponosić się emocjom i robił rzeczy karygodne. Charakterystyczne dla Rino, bo taki nosił przydomek, były prowokacyjne zachowania w sytuacjach, w których teoretycznie Gattuso starał się być uprzejmy. Gdy rywal leżał na boisku po faulu jednego z graczy, Włoch chętnie podchodził do leżącego i starał się go podnieść. Oczywiście nie mógł odpuścić sobie lekkiego szczypnięcia czy szturchnięcia. Zdarzały się jednak przewinienia zdecydowanie poważniejsze. Podczas grupowego meczu Ligi Mistrzów w 2003 roku uderzył Zlatana Ibraimovica w twarz. Osiem lat później, również podczas spotkania Ligi Mistrzów, wdarł się w przepychankę z jednym z trenerów Tottenhamu i w szalonym uścisku złapał go za gardło. Za to zachowanie został ukarany dyskwalifikacją z pięciu meczów Champions League.

Rok 2011 przyniósł jeszcze jedno tragiczne w skutkach wydarzenie. 9 września Gattuso niefortunnie zderzył się na boisku ze swoim klubowym kolegą Alessandro Nestą i musiał opuścić plac gry. Badania wykazały, że Włoch ma uszkodzony nerw odwodzący, który odpowiada za prawidłowe funkcjonowanie wzroku. Wtedy też głośno zrobiło się o jego problemach z podwójnym widzeniem, które pojawiły się już wcześniej. Po latach Gatusso przyznał, że tamtego feralnego dnia, kiedy to wpadł na kolegę z drużyny, widział Zlatana Ibrahimovica w czterech różnych miejscach równocześnie. Co więcej, zderzenie z Nestą również zostało spowodowane przez kłopoty ze wzrokiem. 

W roku 2012 Gattuso odszedł z Milanu i przeniósł się do szwajcarskiego Sionu, gdzie został grającym menedżerem. Karierę piłkarską zakończył oficjalnie w 2013 roku. Dziś prowadzi występującą w Serie B Pisę. 

W ciągu trzynastu lat spędzonych w barwach Milanu, Gattuso dwukrotnie został mistrzem Włoch, tyle samo razy wznosił trofeum za zdobycie Ligi Mistrzów i Superpucharu Europy. W 2006 wywalczył mistrzostwo świata i został wybrany do drużyny gwiazd niemieckiego mundialu.

Straty, luki i inne choroby Manchesteru City [Analiza taktyczna]


Chelsea oddala się coraz szybciej, a oddech Manchesteru United czuć już na plecach. Guardiola nie ukrywa - "Cierpię razem z moimi zawodnikami". Ojciec tiki - taki ze smutkiem patrzy, jak kolejne dzieci z podwórka najprostszymi środkami krzywdzą jego dzieło. Jednak Manchester City sam wystawia się na następne ciosy.

The Citizens przegrali w tegorocznych rozgrywkach pięć spotkań, a więc o jedno więcej niż prowadzony przez Guardiolę Bayern w sezonach 2013/14 i 2015/16 łącznie. Oczywiście, inna liga - inna rzeczywistość. Tymczasem w pierwszej szóstce tabeli Premier League nikt, oprócz City, nie przegrał więcej niż trzy razy. Co więcej, Obywatele stracili do tej pory 26 goli i pod tym względem plasują się na dwunastym miejscu w całej stawce. Lepszą defensywą pochwalić się może nawet szesnaste Middlesbrough (22 stracone bramki). W czym tkwi problem gry obronnej Manchesteru City?

Pep Guardiola stara się powtarzać schematy sprawdzone w innych ligach i próbuje narzucić swoim piłkarzom styl gry, który nie do końca pasuje do angielskiej piłki. City chce utrzymywać się przy piłce (w zależności od źródeł średni czas posiadania piłki przez The Citizens waha się od 57% do nawet 62% - jednak niezależnie od procentów, pod tym względem otwierają stawkę w każdej klasyfikacji) i zaskakiwać rywali szybkimi, krótkimi podaniami. Kłopot w tym, że inne drużyny odnajdują sposoby na zatrzymanie tak funkcjonującej maszyny, a nawet jeśli takiej metody nie znają, to częste, niewymuszone błędy piłkarzy z Manchesteru otwierają przeciwnikom drogę do bramki strzeżonej przez Claudio Bravo.

Spójrzmy na przebieg akcji bramkowej z ostatniego meczu przeciwko Evertonowi.


Sytuacja została poprzedzona niecelnym podaniem Johna Stonesa. Evertończycy natychmiast przejęli piłkę i jednym błyskawicznym podaniem wypracowali sobie dogodną okazję w polu karnym. Gael Clichy (numer 2) i John Stones (numer 3) w wyniku błędu przy wyprowadzaniu piłki znajdują się poza swoimi pozycjami. Dziurę po lewej stronie boiska łatać musi Yaya Toure (numer 1), przez co w sektorze przed polem karnym powstaje ogromna luka. Spóźniony Zabaleta znajduje się zbyt daleko od wbiegającego w "szesnastkę" Lukaku, a osamotniony Otamendi nie jest w stanie sam poradzić sobie z rozpędzonym napastnikiem, który za chwilę otrzyma piłkę. Lukaku bez większych problemów wykorzystuje świetne podanie ze swojej prawej strony i otwiera wynik spotkania. Cały ten łańcuch błędów narodził się po niecelnym podaniu Stonesa przy wyprowadzaniu piłki spod własnej bramki. Angielski obrońca nie popisał się również przy czwartym golu dla gospodarzy. Próbując wybić piłkę, Stones trafił w zawodnika Evertonu, co wykorzystał Ademola Lookman, który dobił przyjezdnych.

Od zawsze sposobem na drużyny prowadzone przez Pepa Guardiolę było zagęszczenie i uszczelnienie linii pomocy oraz obrony, a następnie wyprowadzenie zabójczego ataku. W tym sezonie, aby strzelić gola Manchesterowi City, wystarczy jedno dalekie zagranie zaraz po odzyskaniu piłki. Piłkarze Guardioli dają się wtedy łatwo zaskoczyć, ponieważ ich styl wymagający ciągłych wymian podań powoduje, że zawodnicy często w momencie straty znajdują się poza swoimi pozycjami. Przykłady widoczne są na poniższych ujęciach pochodzących z przegranego meczu przeciwko Liverpoolowi.



Pierwszy screen został zrobiony w chwili straty piłki przez piłkarzy City. W akcję ofensywną zaangażowanych było ośmiu graczy w niebieskich koszulkach (Raheem Sterling nie zmieścił się w kadrze), tymczasem wszyscy zawodnicy Liverpoolu znajdowali się na własnej połowie. W momencie przejęcia piłki, poprzedzonym za lekkim podaniem Kolarova, jeden z Liverpoolczyków błyskawicznie przerzuca futbolówkę na lewe skrzydło. Drugi screen został wykonany raptem kilka sekund później. Doskonale na nim widać, jak chaotycznie wracali za akcją piłkarze City. Trzech zawodników w czerwonych koszulkach jest kompletnie niepilnowanych, zawodnicy Guardioli znajdują się blisko siebie, całkowicie odpuszczają środek i prawą część placu gry. Jest to wynikiem zaskoczenia, nieprzygotowanie do nagłego powrotu w strefę defensywną skutkuje brakiem orientacji i niedopilnowaniem kluczowych stref.

Bałagan i niechlujność to słowa najtrafniej oddające poczynania The Citizens w obronie. Wróćmy do ostatniego meczu przeciwko Evertonowi i spójrzmy na akcję, po której padła druga bramka.


Oczywiście wszystko zaczęło się od złego wyprowadzenia piłki z linii defensywnej. Stones, który na powyższym zdjęciu podpiera się ręką o murawę próbował podać do partnera, jednak próba się nie powiodła i piłkarze Evertonu przejęli piłkę. Błąd Stonesa spowodował, że w linii obrony praktycznie w tym przypadku nie istnieje. Prawy obrońca stara się dobiec do piłki, jednak jest na straconej pozycji. Ciekawie zachowuje się Clichy, który po prostu przygląda się całej sytuacji i nawet nie próbuje załatać dziury powstałej w pierwszej linii. Piłkarz Evertonu pierwszy dobiega do piłki, podaję ją do kolegi z drużyny i mamy 2:0.

W bardzo podobny sposób padła też trzecia bramka. Wszystko zaczęło się od straty posiadania, tym razem na połowie przeciwnika.


Po odzyskaniu piłki świetny rajd przeprowadził Tom Davies i na kilka chwil przed trafieniem do siatki sytuacja prezentowała się w taki oto sposób.


Przed polem karnym ponownie mamy bardzo dużo wolnej przestrzeni. Lukę tę stara się wypełnić John Stones, który z pozycji oznaczonej "dwójką" podbiega kilka metrów wyżej i ostatecznie znajduje się na pozycji numer jeden. W ten sposób powstaje druga dziura. W tym momencie Yaya Toure powinien podążyć za wbiegającym w pole karne Daviesem (numer 26 na koszulce). Iworyjczyk tego nie robi. Swoją drogą, Toure już wcześniej popełnił błąd, bowiem to on powinien znaleźć się przy holującym piłkę zawodniku Evertonu i gdyby tak się stało, Stones nie musiałby łamać linii defensywnej. Warto też podkreślić pozycję Clichy'ego, który znajduje się pomiędzy dwójką środkowych obrońców. Widać tutaj ogromny rozgardiasz, brak zawodników na ich nominalnych pozycjach, wszystko to po raz kolejny spowodowała niepotrzebna strata piłki i chaotyczny powrót pod własne pole karne.

Utratom piłki przez piłkarzy City warto poświęcić oddzielny akapit. W meczu z Evertonem zawodnicy z Manchesteru zanotowali ich 27 (Everton 24). W wygranym pewnie 5:0 pucharowym spotkaniu z West Hamem The Citizens także popełnili więcej strat (19 do 16). Cofnijmy się jeszcze bardziej. Podopieczni Guardioli pokonali Burnley 2:1, ale również częściej tracili piłkę (20 do 18). Trzy ostatnie mecze z teoretycznie słabszymi rywalami i za każdym razem większa liczba niewymuszonych błędów. Ta niechlubna statystyka powinna dać do myślenia hiszpańskiemu trenerowi. Dodajmy do tego problem z utrzymaniem właściwych pozycji przez zawodników na boisku i mamy diagnozę jednej z chorób, na którą cierpi obecnie Manchester City.


Uśredniona pozycja piłkarzy Man City w meczu przeciwko Evertonowi. Wyraźnie widać, że dwaj defensywni pomocnicy często dublują swoje pozycje i tym samym tworzą niebezpieczne luki, a na dodatek często zapominają o asekuracji wolnych stref.

Na koniec jeszcze jedna kwestia - Claudio Bravo. Guardiola uparcie przekonywał, że Chilijczyk świetnie gra nogami i takiego bramkarza Manchesterowi potrzeba. Pół sezonu pokazało jednak, że tak pięknie to nie wygląda. Dajmy jednak spokój kończynom dolnym, a zajmijmy się najważniejszym - obroną strzałów. Tutaj też jest średnio. 


Manchester City - Chelsea 1:3             

Piłkarze Chelsea strzelali na bramkę cztery razy.
 

Leicester City - Manchester City 4:2    
Piłkarze Leicester strzelali na bramkę sześć razy.
 

Everton - Manchester City 4:0              
Piłkarze Evertonu strzelali na bramkę cztery razy.


Przemek Gołaszewski
zdjęcie z nagłówka: 101 Great Goals


Wielki Mur Magiery - analiza taktyczna


Tegoroczna przygoda Legii z Ligą Mistrzów potwierdziła jedną, znaną od dawien dawna zasadę - mecze piłkarskie, tak samo jak bitwy, zwycięża się żelazną defensywą. Można grać zwariowany futbol, można wyjść na mecz i puścić wodze fantazji, można strzelić cztery gole w Dortmundzie. Ale można też wygrać spotkanie, strzelając jedną bramkę. W takim przypadku kluczem jest wzniesienie muru, który nie runie pod naporem rozwścieczonego przeciwnika.

Pan budowniczy Jacek Magiera wykorzystał swoje najlepsze cegły i taki mur wybudował. W środę zagrało dosłownie wszystko. Piłkarze przez 90 minut byli mocno skoncentrowani, wszyscy wykonywali swoje zadania doskonale, dzięki czemu taktyka menedżera przyniosła wymarzony skutek. Droga do zwycięstwo ze Sportingiem Lizbona wiodła przez mocno zagęszczony środek pola. Legioniści trzymali się blisko siebie, nie dopuszczali do powstawania luk w dwóch pierwszych formacjach. Zawodnicy agresywnie wyskakiwali do rywali i, co najważniejsze, nie robili tego na tak zwanego wariata. Każda próba dynamicznego odbioru była odpowiednio przygotowana, piłkarze uzupełniali się nawzajem i dopadali do graczy Sportingu nie jeden po drugim, a w dwójkach, trójkach lub nawet czwórkach.





Linie pomocy i obrony ustawione są w bardzo bliskich odległościach. Piłkarze w białych koszulkach kontrolują swoje wzajemne ustawienie i sprawnie poruszają się jako całość, nie jako pojedyncze jednostki. Zawodnicy Sportingu mają przez to spore kłopoty w dostarczeniu piłki do przednich formacji. Wszelkie próby przedarcia się środkiem pola były skutecznie rozbijane przez Legionistów. Polacy nie pozwalali na podania prostopadłe do wychodzącego napastnika, bądź ofensywnie nastawionych pomocników.


Przedstawiona powyżej grafika jest liczbowym poparciem tego, co widać na wcześniejszym zdjęciu. Według statystyk serwisu squawka.com piłkarze Legii spędzili w strefie ograniczonej linią środkową boiska a linią pola karnego ponad 25% czasu gry. Samo pole karne skupiało zawodników gospodarzy przez blisko 17% czasu gry. Legia Warszawa wylała beton w centralnym pasie swojej połowy, co nie jest broń Boże powodem do wstydu. Skupienie praktycznie całej drużyny na tak małym obszarze zmuszało rywali do szukania innych sposobów rozgrywania akcji. Sporting Lizbona zepchnięty został do skrzydeł, skąd piłkarze z Portugalii próbowali wrzucać piłki pod bramkę chronioną przez Malarza.




Piłkarze Sportingu wykonali 31 dośrodkowań w pole karne Legionistów, z czego ponad dwie trzecie nie dosięgło celu. Podopieczni Jacka Magiery czujnie pilnowali przede wszystkim groźnego w powietrzu Bas Dosta (w dziewięciu meczach ligowych 7 bramek z czego 4 po uderzeniach piłki głową), który nie był w stanie zebrać kierowanych w jego stronę górnych piłek. W tym miejscu pochwalić należy Michała Pazdana, który był główną przeszkodą przyjezdnych. Polski obrońca wybijał piłkę z rejonu pola karnego siedmiokrotnie, co stanowi jedną trzecią wszystkich "wybić" całej drużyny.

Agresywna gra w środkowej strefie była dla gości sporym zaskoczeniem. Trener Jorge Jesus przyznał po ostatnim gwizdku, że przewidywał całkowicie odmienną postawę gospodarzy. Według niego Legioniści mieli grać zdecydowanie bardziej ofensywnie, wszak to my mieliśmy nóż na gardle. Tymczasem, Jacek Magiera zastawił swoje zasieki i cierpliwie czekał na swoje szanse. A te przychodziły, bo przyjezdni popełniali w środku pola mnóstwo błędów. 


Kolorem pomarańczowym zaznaczono wszystkie przechwyty piłki wykonane przez Legionistów. Widać tutaj jak na dłoni, że druga linia warszawskiego klubu spisywała się w tym aspekcie znakomicie. Nastawieni bojowo zawodnicy Legii często grali na wyprzedzenie, znienacka wyskakiwali zza pleców piłkarzy Sportingu i zabierali zmierzającą do nich piłkę.

Na koniec chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt, który może nie przesądził o zwycięstwie, ale bardzo ułatwił Legionistom osiągnięcie takiego wyniku. Adrien Silva to bez wątpienia gwiazda i lider Sportingu Lizbona. Portugalczyk stawia stempel na zdecydowanej większości zaczepnych akcji swojej drużyny. Bez niego poziom finezji całej ekipy w pasiastych koszulkach drastycznie spada. Jednym słowem - kreator. Legia Warszawa postarała się w środę, by  sztukę kreacji utrudnić Silvie tak bardzo, jak tylko było to możliwe.


Mapa cieplna znajdująca się po lewej stronie przedstawia pozycje zajmowane na boisku przez Kopczyńskiego, Moulina i Vadisa Odjidja - Ofoe. Grafika po prawej stronie to heatmapa Adriena Silvy. Trójka pomocników Legii skupiała swoją uwagę głównie na rozgrywającym Sportingu, co znacznie utrudniało mu zadanie. Portugalczyk pięciokrotnie tracił piłkę, większość jego podań skierowana była do blisko ustawionych partnerów oraz na boki, za to 11 bardziej odważnych zagrań, skierowanych do przodu stanowiły próby nieudane. 
                                                        
Jacek Magiera obrał doskonały plan na środowy mecz, jego podopieczni zagrali tak, jak Pan Dyrygent im pokazał i cały koncert można było uznać za niezwykle udany. Ciąg dalszy europejskiego tournee orkiestry Jacka Magiery już na wiosnę. Koncerty na największych scenach kontynentu w tym sezonie się zakończyły, ale w kilku ciekawych miejscach można jeszcze zagrać. Choćby na deskach teatru, Teatru Marzeń w Manchesterze.

Przemek Gołaszewski
fot. z nagłówka: eurosport.onet.pl 

Baśń, którą chcesz opowiadać swoim dzieciom


"Jego historia jest jedną z tych, którymi chcesz dzielić się z innymi. Jest jedną z tych baśni, które chcesz opowiadać swoim dzieciom i wnukom." - Paulo Maldini

W czerwonym trykocie Liverpoolu spędził na murawie blisko 56 tysięcy minut. W 690 meczach w barwach klubu z Anfield zdobył łącznie 180 goli. Jest szóstym asystentem w historii Premier League - decydującą piłkę dogrywał 92 razy. W swojej długoletniej karierze wygrał niemal wszystko. Wznosił Puchar Anglii, Puchar Ligi Angielskiej, Puchar UEFA, Ligę Mistrzów. Jako jedyny piłkarz w historii futbolu strzelał gole w finałach powyższych turniejów. Wygrywał w Superpucharze Anglii i Europy. Mimo tego, buty na kołku zawiesił jako piłkarz nie do końca spełniony. Zabrakło mu jednego trofeum - tego najcenniejszego. Mistrzostwo Anglii było już na wyciągnięcie ręki. Niestety, w meczu z Chelsea zdarzył się pamiętny upadek, a wraz z nim symbolicznie upadły marzenia...

"Steven Gerrard byłby kapitanem mojej światowej jedenastki marzeń" - Francesco Totti

Kariera Anglika stanęła pod dużym znakiem zapytania zanim na dobre się rozpoczęła. Młody Gerrard uwielbiał spędzać dnie, kopiąc piłkę na swoim podwórku. Pewnego dnia futbolówka ugrzęzła pod żywopłotem. Młodziutki Steven chciał ją sięgnąć nogą i wykopać spod roślinnego ogrodzenia. Niestety, zamiast w piłkę trafił w ogrodowe widły leżące za żywopłotem. Gerrard natychmiast trafił do szpitala. Jeden z lekarzy zajmujących się stopą Anglika stwierdził, że trzeba będzie amputować największy palec. W tamtym czasie Gerrard był już zawodnikiem Liverpoolu i być może ten fakt uratował przyszłą karierę dobrze zapowiadającego się zawodnika. Klubowy lekarz The Reds stwierdził, że o amputacji nie ma mowy i wszystko da się wyleczyć bez sięgania po ostateczne środki. Na szczęście miał rację - palec został uratowany, a wraz z nim jedna z najpiękniejszych piłkarskich historii w dziejach.

"Mój bohater. Mój przyjaciel." - Xabi Alonso

Steven Gerrard zadebiutował w barwach Liverpoolu 29 listopada 1998 roku w meczu przeciwko Blackburn Rovers. W początkowych etapach kariery zdarzało mu się grać na prawej pomocy, jednak jak sam twierdził czuł się tam źle. W październiku 2003 roku Gerrard zostaje kapitanem, opaskę przejmuje po Samim Hyppii. Anglik ma wtedy 23 lata i ofertę nowego, wiążącego na cztery kolejne sezony, kontraktu na stole. Oczywiście podpis zostaje złożony błyskawicznie.

"Nie mógłbym znieść tej myśli, że Liverpool ma kogoś tak dobrego, jak Roy Keane." - sir Alex Ferguson, rok 2000

W wieku 13 lat Steven Gerrard trafił na testy juniorskie w Manchesterze United. Nie było jednak mowy o tym, by przyszła legenda Liverpoolu zagościła w Teatrze Marzeń na stałe. Kilkanaście lat później na kartach swojej autobiografii Stevie G przyznał, że testy u największego rywala miały przyśpieszyć jedynie decyzję klubu z Anfield, który zwlekał z zaproponowaniem Gerrardowi kontraktu. Ostatecznie włodarze Liverpoolu propozycję złożyli, a Manchester United przez wiele kolejnych lat cierpiał z powodu walecznego Anglika.

"Pewnego dnia w hotelu podczas zgrupowania reprezentacji powiedziałem do niego - Przyjdź do United. Zaczął się śmiać i odpowiedział: Zrobię to pod warunkiem, że ty przejdziesz do Liverpoolu." - Gary Neville

Skoro o walce mowa - Gerrard był wojownikiem z krwi i kości. Jest rekordzistą Liverpoolu jeśli chodzi o czerwone kartki. W czasie swojej pięknej, czerwonej kariery obejrzał je sześciokrotnie. Ostatni raz w styczniu 2011 roku podczas spotkania przeciwko Manchesterowi United. Legendarny pomocnik pojawił się na boisku wraz z rozpoczęciem drugiej połowy, a po kilkudziesięciu sekundach opuszczał je ze spuszczoną głową. Atak na nogi Andera Herrery był jednak na tyle brutalny, że decyzja sędziego mogła być tylko jedna.

"Gram dla Ciebie Jon - Paul"

Słowa te kończą wspomnianą już wcześniej biografię Stevena Gerrarda. Jon - Paul Gilhooley był starszym o dwa lata kuzynem legendarnego pomocnika The Reds. Młody chłopak darzył Liverpool ogromnym uczuciem. W 1989 roku znalazł się na jednej z trybun stadionu Hillsborough. Został zadeptany przez kibiców ukochanego klubu. Był jedną z najmłodszych ofiar tamtej tragedii. Stevie G nigdy nie zapomniał o starszym kuzynie. Grając na chwałę Liverpoolu, oddawał równocześnie hołd Jonowi - Paulowi, który każdy mecz swojego bratanka na pewno oglądał gdzieś z góry...

"Niewielu piłkarzy odrzucało oferty z Realu Madryt. Gerrard to zrobił i to mówi wszystko o jego lojalności wobec Liverpoolu." - Zinedine Zidane


Nie jest tajemnicą, że w latach swojej świetności był pożądany przez największe kluby na świecie. Chelsea kusiła go nieustannie - bez powodzenia. Carlo Ancelotti bardzo często powtarzał, że gdy był menedżerem Milanu chciał ściągnąć Anglika do siebie. Nad wizją wspólnej gry w jednej drużynie z Gerrardem wielokrotnie rozpływali się Kaka i Andrea Pirlo. Nic z tego. O Anglika zaciekle walczył też Real Madryt. Zinedine Zidane powiedział kilka lat temu, że sam chodził do gabinetu Florentino Peraza i namawiał go do sprowadzenia pomocnika The Reds. Gerrard wiedział jednak jedno - "Liverpool jest klubem numer jeden." Można tylko żałować, że Anglik nie zakończył kariery w czerwonej koszulce z Livebirdem na piersi.

"Wciąż pamiętam jego twarz i wypisany na niej grymas bólu. Mimo tego, Gerrard ciągle walczył. Włożył w ten mecz wszystko to, co miał w sobie najlepsze. Dla swoich kolegów był wzorem do naśladowania." - Paulo Maldini

"Wygralibyśmy tamto trofeum, gdyby nie Steven Gerrard. Grał wielki mecz, zmienił wszystko." - Gennaro Gattusso

Kiedy piłkarze Liverpoolu zeszli do szatni po upokarzających 45 minutach tureckiego finału Chamipons League, Steven Gerrard wziął sprawy w swoje ręce. To on, jak kapitan, miał poruszyć szatnię do tego stopnia, że na drugą połowę wyszli całkiem inni zawodnicy. To on miał odegrać główną rolę tamtej pamiętnej nocy. "Wszystko co jest związane z tamtym meczem, pozostanie we mnie do końca mojego życia."

Steven Gerrard już nigdy nie zagra w meczu o stawkę. Już nigdy nie wygra Premier League. Steven Gerrard zdobył jednak coś więcej -  główne miejsce w panteonie liverpoolskich bogów.

Należę do Boga

  
Uderzeniu głową w dno basenu towarzyszyło przeraźliwe strzyknięcie. Osiemnastoletni Kaka nie zdawał sobie wówczas sprawy, że złamał właśnie szósty krąg odcinka szyjnego kręgosłupa. Tego popołudnia odpoczywał od futbolu.

Kilka dni wcześniej, podczas turnieju juniorskiego został ukarany żółtą kartką, która wykluczyła go z następnego spotkania. Wolny czas postanowił spędzić z rodziną. Wizyta w parku wodnym miała być chwilową odskocznią od piłki nożnej. Mało brakowało, a przerwa od futbolu trwałaby wiecznie - Kaka miał furę szczęścia, że nie został sparaliżowany.

Przydomek zawdzięcza bratu. Kilka lat młodszy Rodrigo podczas dziecięcych zabaw miał spore problemy z wymową imienia swojego najbliższego kompana. W ten oto sposób Ricardo Izecson dos Santos Leite stał się Kaką.

Skoro o dzieciństwie mowa, historia Kaki jest mało brazylijska. Większość piłkarskich legend z "kraju kawy" wychowało się w dramatycznych warunkach. Pele swoje pierwsze futbolowe kroki stawiał gołymi stopami - rodzice nie byli w stanie kupić mu butów. Ronaldinho swoją nieziemską technikę zawdzięczał psu, z którym kiwał się całymi dniami. Magiczny R10 musiał bardzo się starać. Zakup nowej piłki przekraczał możliwości finansowe rodziny, a każdy kontakt psa ze szmacianą futbolówką mógł zakończyć jej żywot. Tymczasem rodzicom naszego bohatera powodziło się całkiem nieźle. Ojciec inżynier i matka nauczycielka dbali zarówno o edukację, jak i rozwój sportowy swoich dzieci.

"Każdy chce być zwycięzcą, lecz dla mnie, prawdziwym zwycięstwem jest obecność Jezusa w moim życiu."


W tekście opowiadającym o życiu Kaki nie może zabraknąć miejsca dla Boga i religii. Sam Brazylijczyk wielokrotnie podkreślał, że najważniejsza dla niego jest wiara, a wszystko co posiada na ziemi jest zasługą Boga. "Z powodu mojego bogactwa i sławy część ludzi często pyta, czy nadal potrzebuję Jezusa. Odpowiedź jest prosta: potrzebuję Go każdego dnia mojego życia. Bez Jego słowa, bez Biblii, niczego bym nie osiągnął. Naprawdę w to wierzę. Możliwość gry w piłkę na najwyższym poziomie jest wynikiem wielu darów, które otrzymałem od Boga. Pan dał mi talent, a ja staram się go rozwijać każdego dnia."

Kaka często podkreślał, że jego silna wiara nie narodziła się po dramatycznym zdarzeniu w parku wodnym. Według niego wypadek, a właściwie wyjście z niego bez szwanku, było kolejnym dowodem na obecność Boga w jego życiu.

Kiedy opuszczał Milan za blisko 70 milionów euro był jednym z najlepszych piłkarzy globu. Działacze Realu Madryt oraz kibice "Królewskich" wiązali z Brazylijczykiem wielkie nadzieje. Przychodził jako kamień węgielny pod budowę kolejnej, galaktycznej drużyny. Niestety, problemy z kolanem brutalnie przerwały rozwój brazylijskiego pomocnika. Kaka coraz rzadziej pojawiał się w wyjściowej jedenastce, z zawodnika wielkiego stał się wiecznie kontuzjowanym rezerwowym. Obie strony szukały rozwiązania. Realowi nie uśmiechało się wypłacanie ogromnej pensji piłkarzowi, który drużynie nic nie daje. Z kolei Kaka za wszelką cenę pragnął odbudować swoją dyspozycję, ponownie stać się Kaką znanym z Milanu. I to właśnie mediolański klub wyciągnął rękę po swoją legendę i ściągnął ją z powrotem. Jednak stary, dobry Kaka już nie wrócił. Piłkarz przeminął, lecz jego fenomen trwa po dziś dzień.

"Wiele meczów wygram i wiele przegram, lecz wiem, że we wszystkim, co robię Bóg ma swój plan. Dlatego właśnie staram się zrozumieć ten plan w stosunku do mnie w każdej chwili mojego życia, tak abym mógł czuć spokój pomimo cięższych chwil."

Szalona kapela Kloppa pod taktyczną lupą


W grze Liverpoolu coraz wyraźniej widać piętno Jurgena Kloppa. Piłkarze z Anfield wygrali w tym sezonie ligowym osiem z 11 spotkań i w chwili obecnej patrzą na resztę stawki z samego czubka tabeli. W pełni zasłużenie. Zawodnicy Liverpoolu grają taką piłkę, jaką kochają kibice - optymistyczną, dynamiczną, pełną zaangażowania i, co najważniejsze, dziecięcej radości. Ekipa z Watfordu, przegrywając wczoraj aż 6:1, przekonała się na własnej skórze, że kapela Kloppa coraz mocniej uderza w bębny. To prawda, wczorajszy przeciwnik The Reds może nie należy do czołówki, jednak pokaz siły Liverpoolu, nawet na tle takiego rywala, był imponujący. Czas przyjrzeć się dokładniej, w jaki sposób funkcjonuje obiecujący boysband z miasta Beatlesów.

OBRONA

Stara, futbolowa zasada mówi, że drużynę piłkarską buduje się od tyłu. Solidna obrona to fundament, na którym można stawiać kolejne cegły. Oczywiście w meczu, w którym przeciwnikiem jest ekipa na poziomie Watfordu, mający w tym sezonie ambitne cele Liverpool, nie miał prawa wyglądać inaczej. Zawodnicy The Reds imponowali przede wszystkim nieustannym, agresywnym pressingiem. Z tego słynęła Borussia prowadzona przez Jurgena Kloppa i gołym okiem widać, że Niemiec coraz mocniej zakorzenia ten element gry w Liverpoolu. Kiedy zawodnik Watfordu otrzymywał piłkę, błyskawicznie pojawiało się przy nim dwóch, a czasem nawet trzech piłkarzy w czerwonych koszulkach. Taki stan rzeczy utrzymywał się praktycznie na całym boisku. Spójrzmy na zdjęcia.



Schemat zmasowanego ataku na przeciwnika był najlepiej widoczny, ale też najskuteczniejszy, w bocznych sektorach boiska. Powtarzalność z jaką zawodnicy Liverpoolu stosowali potrajanie krycia zasługuje na słowa najwyższego uznania. W każdym przypadku skrajnemu defensorowi pomaga ktoś z trójki środkowych pomocników Lallana - Henderson - Can. Szczególnie dwaj ostatni w mgnieniu oka wywierali presję na rywalu. Warto też podkreślić rolę ofensywnych zawodników w defensywie. Na powyższych zdjęciach widzimy, jak blisko rywala znajdują się Mane i Firmino, odcinając tym samym piłkarzom Watfordu możliwość zatrzymania się z piłką i oddania jej koledze z drużyny.


W powyższej sytuacji gracz z piłką jest otoczony piłkarzami w czerwonych koszulkach. Liverpoolczycy zagęszczają środek pola oraz uniemożliwiają próbę podania w pole karne i na skrzydło poprzez odcinanie rywala od możliwości otrzymania piłki. Odcinanie zawodników przyjezdnych od podań stanowi kolejny aspekt, któremu warto się przyjrzeć.


W powyższej sytuacji piłkarz posiadający piłkę jest oczywiście atakowany przez współpracujących ze sobą dwóch zawodników Liverpoolu. Spójrzmy jednak na zachowanie Milnera. Zaznaczony na niebiesko Anglik niby nie bierze udziału w akcji, tymczasem kontroluje pozycję biegnącego prawą flanką rywala i tak naprawdę uniemożliwia jego groźne podłączenie się do akcji ofensywnej. Gdyby zawodnik posiadający piłkę zdecydował się ją oddać na skrzydło, Milner miałby mnóstwo czasu i odpowiednią pozycję na atak. Podwajanie, często nawet potrajanie krycia oraz odcinanie rywali od podań zaowocowało licznymi przechwytami i odbiorami piłki.

Błękitne punkty przedstawione na grafice oznaczają straty piłki przez piłkarzy Watfordu. Najwięcej tego typu błędów pojawiało się w bocznych sektorach, gdzie zawodnicy The Reds skoordynowanie i przede wszystkim niepojedynczo podbiegali do swoich przeciwników.




Na oddzielny akapit zasłużyła też para środkowych defensorów. Lucas i Matip świetnie zabezpieczali środkową strefę boiska, kiedy to ich drużyna przeprowadzała akcję ofensywną. Boczni obrońcy Liverpoolu grali wczoraj bardzo wysoko, o czym za chwilę, mimo tego dwóch stoperów potrafiło skutecznie powstrzymywać próby wyjścia z kontrą, a działo się to głównie dzięki ich wysokiemu ustawieniu.


Zaznaczone na niebiesko pole było w pełni zdominowane przez dwójkę Lucas - Matip, którzy zgarniali wszystkie piłki spadające w ten sektor boiska. Poniższa grafika wyraźnie pokazuje, jak wysoko mogli wczoraj grać obrońcy Liverpoolu.


Żeby nie było tak kolorowo, na koniec analizy gry defensywnej Liverpoolu odrobina czepialstwa. Podopiecznym Jurgena Kloppa zdarzało się, choć rzadko, pogubić w agresywnym, kilkuosobowym ataku na rywala z piłką i w ten sposób The Reds stracili bramkę. 


W tej sytuacji Daryl Janmaat ma pozostawione zbyt wiele wolnego miejsca, co przerodzi się w utratę przez Liverpool gola. Widzimy, że w lewym sektorze pola karnego znajduje się trzech piłkarzy w czerwonych koszulkach, podczas gdy Holender stoi osamotniony na dwunastym metrze. 

ATAK

Zostawmy grę defensywną Liverpoolu i zajmijmy się tym, co kibice kochają najbardziej - ofensywą. Podopieczni Kloppa atakowali z polotem i finezją, ale przede wszystkim z ogromną siłą rażenia. 


W dwóch pierwszych sytuacjach widzimy atak pozycyjny (!) ekipy z Anfield. Piłkarze w czerwonych koszulkach z wielką chęcią wbiegali w linię defensywną Watfordu, co często powodowało, że linię ataku The Reds tworzyło aż pięciu zawodników! Nie trzeba mówić, jak wiele możliwości rozegrania akcji daje taki stan rzeczy. Na ostatnim zdjęciu widzimy natomiast kontratak Liverpoolu. Trójka piłkarzy w białych strojach jest wyraźnie spóźniona z powrotem, co razem z ogromnym parciem Liverpoolczyków do przodu, tworzy gospodarzom przewagę liczebną.

Wspominałem wcześniej o grających niezwykle ofensywnie skrajnych obrońcach The Reds. Milner i Clyne oddali łącznie trzy strzały na bramkę i wypracowali tyle samo sytuacji strzeleckich. Ofensywne wejścia Anglików sprawiały ogromne problemy linii defensywnej Watfordu. Co więcej, dzięki ich wysokiemu ustawieniu formacja defensywna przyjezdnych rozciągała się do granic możliwości, co tworzyło przestrzeń do podań prostopadłych. 


Rzućmy jeszcze okiem na mapę cieplną ustawienia Milnera i Clyne'a. Wyraźnie na niej widać, że obaj chętnie zapuszczali się do ataku, czyniąc tym samym wielką krzywdę obrońcom przyjezdnych. "Górna" część boiska symbolizuje strefy biegania Milnera, dolna Clyne'a. Dla przypomnienia prawa połowa boiska należy do Watfordu...

Kolejnym wartym podkreślenia aspektem gry ofensywnej Liverpoolczyków była nieustanna wymiana pozycji, głównie z udziałem ofensywnego tria, w skład którego wchodzili przez większą część spotkania Coutinho, Firmino i Mane. Trójka szybkich, świetnych technicznie piłkarzy siała spustoszenie w linii defensywnej rywala. Nie dość, że obrońcy Watfordu mieli problem z upilnowaniem tych graczy, to ci dodatkowo co chwilę zamieniali się strefami, w których operowali, przez co goście nie nadążali z kryciem. 


Powyższe klatki dzieli różnica ośmiu sekund. W tym czasie Sadio Mane zdążył oddać piłkę koledze z drużyny i przebiec na drugi koniec boiska, by tam otrzymać piłkę z powrotem. Powierzchnia, po której poruszali się ofensywni gracze Liverpoolu pokazuje jak często wymieniali się ze sobą sektorami i wzajemnie uzupełniali, wychodząc na pozycje. Poniżej widzimy heatmapy Coutinho i Firmino. Wskazują one jeszcze jedną rzecz, o której była mowa wcześniej. Obaj Brazylijczycy zostawiali sporo miejsca w bocznych sektorach, w które wbiegali Milner i Clyne.
                                                                 
                                                                   Roberto Firmino

Philippe Coutinho

Chciałbym też zwrócić uwagę na pewien schemat wyprowadzania ataku przez piłkarzy The Reds. Kiedy piłka trafiała do jednego z trójki graczy Coutinho - Firmino - Mane, defensorzy starali się skupiać uwagę na posiadającym piłkę, a w tym czasie pozostała dwójka ofensywnych graczy Liverpoolu rozbiegała się na boki. Tworzyło to otwarte na oścież korytarze na bokach boiska, przez co podopieczni Kloppa jednym podaniem byli w stanie stworzyć groźną sytuację podbramkową. Taki schemat powtarzał się dość często.


Nie wiedząc jak przed takimi sytuacjami się bronić, obrońcy gości podejmowali też czasem próby "murowania" dostępu do pola karnego. Starali się wtedy pozostać na swoich pozycjach i nie podbiegać do posiadającego piłkę rywala. Niestety, w takiej sytuacji potrzebna jest pomoc środkowych pomocników, którzy muszą się cofnąć i podbiec do holującego piłkę zawodnika. W przeciwnym wypadku powstają ogromne dziury tuż przed polem karnym, które dla piłkarzy o takich umiejętnościach technicznych są zaproszeniem do indywidualnej akcji.


Ostatnią kwestią, której warto się przyjrzeć są zabójcze wejścia z drugiej linii. Defensorzy Watfordu skupiali się na ofensywnych zawodnikach Liverpoolu, przez co tworzyły się przestrzenie dla pomocników The Reds. 


Na zdjęciu widzimy, jak zawodnicy w białych koszulkach koncentrują się na ofensywnych piłkarzach gospodarzy, zapominając o graczach nadbiegających z głębi pola. Co prawda Emre Cana goni jeden z rywali, jednak nie ma on szans z rozpędzonym Niemcem, który ostatecznie strzela po tej akcji bramkę na 3:0.

Chłopcy Jurgena Kloppa spisali się wczoraj bezbłędnie niemal pod każdym względem. Agresja w pressingu, zabójcze ataki skrzydłami, dynamiczna wymiana podań z pierwszej piłki - wszystko grało tak, jak życzył sobie tego niemiecki dyrygent. Rywal teoretycznie do najmocniejszych nie należał, jednak z taką grą Liverpool jest w stanie dać mistrzowski koncert na każdej scenie.


zdjęcie z nagłówka pochodzi z serwisu The SPORT Bible

Przemek Gołaszewski                                                    

Nie taka straszna, jak ją malują


Paris Saint-Germain, Borussia Dortmund, Manchester City, Juventus i Milan, tylko te wielkie kluby urwały punkty Realowi Madryt w tej dekadzie w fazie grupowej Champions League. Przed środowym meczem nikt nawet nie śmiał nawet śnić, że do tego grona dołączy mistrz Polski.

Legia, która wróciła do Ligi Mistrzów, na pierwszy ogień trafiła na zespół prowadzony przez Thomas Tuchela i od razu zanotowała największą porażkę w historii swoich występów w europejskich pucharach (w 197 meczu, licząc wszystkie rozgrywki uznawane oficjalnie przez UEFA ). Wynik 0:6 przyniósł duży wstyd i wydawało się, że kolejne wysokie porażki w fazie grupowej są nieuniknione. Co prawda, w Lizbonie Legia straciła tylko dwie bramki, ale już w Madrycie, gdzie dobra postawa nie przełożyła się na końcowy wynik, aż pięć.

Arkadiusz Malarz w wywiadzie udzielonym po meczu na Santiago Bernabeu stwierdził, że Legia zdobędzie swoje pierwsze punkty już w następnym meczu, czyli u „siebie” z....Realem Madryt. Praktycznie każdemu ten plan wydawał się nierealistyczny i odbiegający nawet od marzeń, tym bardziej że Wojskowi nie mogli liczyć nawet na wsparcie kibiców, przez wybryki których UEFA nałożyła na Legię karę finansową i zamknęła stadion. Jedyną nadzieją był fakt, że Legia wreszcie zaczęła wygrywać w lidze. Jednak gdzie polska Ekstraklasa, a gdzie najlepsze rozgrywki na świecie? Dwa zupełnie inne bieguny.


Piłka nożna lubi być nieprzewidywalna, dlatego kocha ją mnóstwo osób na całym świecie. Miliony fanów kochają takie spotkania jak to, które mogliśmy zobaczyć w środowy wieczór na cichym stadionie przy Łazienkowskiej. Cicho było na trybunach, ale na pewno nie w polskich domach. Legia sprawiła jedną z największych sensacji XXI wieku w Lidze Mistrzów i zremisowała z galaktycznym Realem 3:3. Ba, zabrakło 8 minut, żeby Real wyjeżdżał z Warszawy na tarczy. Jednak po 57 sekundach meczu nic na to nie wskazywało. Gareth Bale popisał się fenomenalnym strzałem z woleja i wyprowadził Królewskich na prowadzenie. W 35 minucie Malarza pokonał jeszcze Benzema i sytuacja na boisku wydawała się klarowna. Chyba nikt w Polsce nie pomyślał nawet, że Legia jest w stanie cokolwiek ugrać. A potem ... Nastąpił prawdziwy renesans. Wojskowi powstali majestatycznie, jak feniks z popiołów. Odjidja-Ofoe, Radovic i na końcu Moulin. Trzy cudowne bramki i w 83 minucie każdy przecierał oczy ze zdumienia. Co prawda, dwie minuty później wyrównał Mateo Kovacic, ale remis to ogromny sukces Legii. Mimo że stołeczny klub nie jest zbyt lubiany w Polsce, a niektórzy nawet mówią, że albo się Legię kocha albo nienawidzi, to przypuszczam, że nawet w Łódź czy w Kraków wczoraj się cieszyły i były dumne, że ta polska piłka ligowa jednak nie „zginęła”.

Wojskowi mają naprawdę słaby sezon, jeśli popatrzymy tylko na wyniki, ale z drugiej strony nigdy nie zarobili tak dużo pieniędzy w tak krótkim czasie. Jest początek listopada, a Legia już zainkasowała 70 milionów złotych. To oznacza, że dzięki Champions League dostaną więcej od UEFA niż budżet na cały rok każdego z... 15 polskich klubów występujących w Ekstraklasie. Co prawda, byłoby jeszcze więcej, gdyby nie wybryki kibiców podczas meczu z Borussią Dortmund, które łącznie kosztowały Legię ponad milion złotych, ale z drugiej strony tylko za wczorajszy mecz z obrońcą tytułu, podopieczni Jacka Magiera wyrwali nie tylko cenny jeden punkt, ale także 2.3 miliona złotych do klubowej kasy!

Legia uwierzyła (głównie dzięki Jackowi Magierze), że można ze wszystkimi powalczyć. Nie ma znaczenia, że każdy piłkarz Realu, który wystąpił wczoraj w podstawowym składzie był droższy niż....cała ekipa Legii( może z wyjątkiem Fabio Coentrao). Pieniądze nie grają, ale pokazują tylko na papierze, jakie są dysproporcje pomiędzy jedną a drugą drużyną. Liga Mistrzów nie jest wcale taka straszna jak ją malują, a Dawid nie zawsze musi przegrać z Goliatem. 


Jacek Magiera idealnie wkomponował się w zespół. Nie boi się podejmować ważnych decyzji. Czy za Besnika Hasiego przy wyniku 2:2 z Realem Madryt na boisko zostałby wprowadzony Prijović, a następnie Kucharczyk? Zapewne nie. Magiera wiedział, że takiej szansy na pokonanie obrońców tytułu nie będzie miał zapewne nigdy i zamiast się bronić, postanowił zaatakować. Zaryzykował i brakowało naprawdę niewiele, żeby zgarnął 3 punkty. Takiego trenera Legia potrzebowała. Wreszcie Wojskowi mają swój styl, ale przede wszystkim chęci i zaangażowanie do gry.

Oby w Dortmundzie Olivier Kahn w studiu telewizyjnym powiedział : „ Wychodzisz super atmosfera, cały stadion ludzi i potem oglądamy dwie ofensywne drużyny, które pokazują europejski poziom”. Taka Legię chcemy oglądać i taką Legią chcemy się zachwycać.


Bartek Błażejewski