Pokazywanie postów oznaczonych etykietą P. Gołaszewski. Pokaż wszystkie posty

Pokopana Rozgrzewka - Dania


Dania mistrzostwa europy 1992

W 1992 roku reprezentacja Danii napisała jedną z tych piłkarskich historii, które logicznie rzecz biorąc, wydarzyć się nie mogły. Jednak nie dla wszystkich kończy się ona bajkowo.

W 1991 roku Dania kończy eliminacje do mistrzostw Europy na drugim miejscu w grupie punkt za Jugosławią, a to oznacza, że na turniej do Szwecji się nie kwalifikuje. Sezon się kończy, szczęśliwcy, którzy dostali się na mistrzostwa kontynentu powoli kończą swoje przygotowania, a duńscy piłkarze wypoczywają na urlopach.


W tym samym czasie w południowej Europie trwa wojna. Bałkański kocioł wrze, konflikt w Jugosławii skupia uwagę całego świata. Żołnierze giną, życie tracą cywile. ONZ nakłada sankcje. Jedna z nich zabrania reprezentantom Jugosławii wzięcia udziału w mistrzostwach Europy, na które się zakwalifikowali. UEFA zwraca się w stronę Duńczyków. To oni, jako druga drużyna grupy, którą zwyciężyła Jugosławia, mają wystąpić na Euro 92.

Trener Richard - Moller Nielsen ściąga piłkarzy z wakacji i w pośpiechu przygotowuje ich do turnieju, w którym wystąpić ma osiem najlepszych drużyn kontynentu. Wśród powołanych zawodników znajduje się Kim Vilfort - ofensywny pomocnik Brøndby, najlepszy duński piłkarz roku 1991.

Duńczycy trafili kosztem Jugosławii do grupy ze Szwecją, z Anglią i z Francją. Sportowe zmagania rozpoczęli od bezbramkowego remisu z Anglikami. Kilka dni później przegrali z reprezentacją Szwecji 0:1. Do meczu z Francją przystąpili na luzie. "Graliśmy bez nerwów, bo spodziewaliśmy się, że za chwilę wracamy do domu" - wspominał ostatnie grupowe spotkanie Vilfort. Duńczycy wygrali 2:1 i podróż powrotną trzeba było przełożyć. 

Jednak Kim Vilfort w meczu z Francją nie wystąpił, o nastrojach w drużynie mówił jako jej członek, a nie bezpośredni uczestnik decydującego spotkania. W czasie, gdy jego koledzy walczyli z Francją, córka Vilforta walczyła ze zdecydowanie groźniejszym rywalem - białaczką. W owych dniach jej stan drastycznie się pogorszył. Piłkarz podjął jedyną słuszną decyzję - opuścił zgrupowanie i udał się do kopenhaskiego szpitala. Triumf z Francuzami oglądał w telewizji. Ważniejszy mecz rozgrywał się na niewygodnym szpitalnym łóżku.

Na półfinał z Holandią Vilfort wrócił do kolegów i do wyjściowego składu swojej reprezentacji. Namawiała go do tego rodzina, więc wysłuchał ich próśb. Po dwóch bramkach Henrika Larsena i trafieniach Rijkaarda oraz Bergkampa do wyłonienia zwycięzcy niezbędna była seria rzutów karnych. Jej bohaterem został Peter Schmeichel. Przy towarzystwie ostatnich blasków zachodzącego słońca, pod ciemniejącym niebem, obronił strzał wielkiego Marco van Bastena.

W finale na Duńczyków czekali Niemcy. Niemcy, którzy po zjednoczeniu według Franza Beckenbauera mieli stać się drużyną niepokonaną. Jednak mit ten w fazie grupowej obalili już Holendrzy, którzy ograli ich 3:1. Poza tym Duńczycy pisali właśnie jedną z najpiękniejszych piłkarskich opowieści. I trzeba było dopisać ją do końca.

W 18. minucie finału po potężnym uderzeniu ze skraju pola karnego Johna Jensena Duńczycy objęli prowadzenie. Niemcy naciskali, próbowali odwrócić losy meczu, ale Schmeichela nie dało się pokonać. Wreszcie w 78. minucie Kim Vilfort dostał podanie z głębi pola. Opanował piłkę w sposób budzący kontrowersje - w powtórkach można było doszukiwać się przyjęcia ręką. Następnie zmylił dwóch niemieckich defensorów i uderzył płasko przy bliższym słupku. Piłka jeszcze od niego się odbiła i wpadła do siatki. Vilfort postawił ostatnią kropkę tej niebywałej historii.

"Nie mieliśmy najlepszych zawodników, ale mieliśmy najlepszą drużynę." - Kim Vilfort

Jednak osobista opowieść Vilforta kończy się zgoła inaczej. Kilka tygodni po wzniesieniu Pucharu Europy, musiał on w smutku opuścić głowę i pochować córkę, która swój mecz niestety przegrała.

Vilfort nigdy nie zapomni lata 1992 roku. Z jednej strony było piękne, jak zdjęcie stojącego w bramce pod ciemnym niebem Petera Schmeichela. Z drugiej strony było przytłaczające. Tak samo, jak ciemne niebo nad stojącym samotnie w bramce Peterem Schmeichelem.

******************************************

Dania

Aktualne miejsce w rankingu FIFA – 12.
Występy na mistrzostwach świata – 4
Najlepszy wynik na mistrzostwach świata – Ćwierćfinał (1998)
Najwięcej meczów w kadrze – Peter Schmeichel (129)
Najwięcej goli w kadrze – Poul "Tist" Nielsen (52 w 38 meczach), Jon Dahl Tomasson (52 w 112 meczach)
Bilans meczów z Polską – 13-2-8

Pokopana Rozgrzewka - Portugalia

Deco obywatelstwo

Zdecydowana większość brazylijskich piłkarzy trafia do Europy po kilkudziesięciu dobrych meczach rozegranych w rodzimej lidze. Z Deco było inaczej. W swoim pierwszym profesjonalnym klubie, nie byle jakim, bo w Corinthians, wystąpił tylko w dwóch meczach ligowych. Stamtąd przeniósł się do Centro Sportivo Alagoano, gdzie w lidze nie zagrał. Jednak już wtedy jeden ze skautów lizbońskiej Benfici miał w swoim notesie pochwalne zapiski na temat Andersona Luísa de Souzy. Z tak ubogim dorobkiem w swojej ojczyźnie, Deco wyjeżdża do Europy. 

"Na początku nie chciałem przenosić się do Europy, bo mając 20 lat, czułem się za młody. W Brazylii nie wszystko było w moich rękach, ale też nie byłem zmuszany do odejścia."

Do Portugalii trafił w 1997 roku. 5 lat później otrzymał portugalskie obywatelstwo. W marcu 2003 roku debiutował w swojej nowej reprezentacji. W meczu na pewno dla niego wyjątkowym, bo rywalem byli właśnie Brazylijczycy. Gdy w 81. minucie ustawiał piłkę w okolicach trzydziestu metrów od bramki i szykował się do wykonania rzutu wolnego, na tablicy świetlnej widniał wynik 1:1. Uderzył technicznie, pomiędzy zawodników tworzących mur. Piłka wpadła do siatki, a reprezentacja Portugalii ostatecznie wygrała 2:1. Pierwszy raz od 37 lat Seleção ograli Brazylijczyków.

Do kadry Portugalii powołał go Luiz Felipe Scolari, co mogło stanowić pewne zaskoczenie. Scolari rok wcześniej sięgnął przecież z Canarinhos po tytuł mistrzów świata. W mistrzowskiej reprezentacji miejsca dla Deco nie widział. 

"Nigdy nie miałem wątpliwości, że jestem wystarczająco dobry, by grać dla Brazylii. [...] Decyzja, która podjąłem wynikała z moich relacji z Portugalią. Portugalia znaczy dla mnie bardzo wiele, kocham ten kraj. To była decyzja wprost z mojego serca."

Tej decyzji Deco nie żałował nigdy, choć jak mówił, myśl o tym, że mógł grać w drużynie, która w 2002 roku zdobyła Puchar Świata, bardzo często przebiegała mu przez głowę. Nie wszyscy Portugalczycy byli też przekonani, czy warto sięgać po zawodnika naturalizowanego. Jednym ze sceptyków był wielki Luís Figo. "Jeśli rodzisz się Chińczykiem, cóż, musisz grać dla Chin" - mówił, dając jasno do zrozumienia, co myśli na temat Deco. Jednak po debiucie nowego zawodnika w portugalskiej koszulce, wszyscy niedowiarkowie uwierzyli, że tej drużynie Deco będzie jeszcze bardzo potrzebny.

I był. Choć w pierwszym meczu Euro 2004 usiadł na ławce rezerwowych, w kolejnych spotkaniach wskoczył do pierwszego składu. Z "dwudziestką" na plecach pełnił rolę typowej "dychy". Scolari ustawiał go tuż za Pedro Pauletą, między niechętnym z początku Luísem Figo i wkraczającym do wielkiej piłki Cristiano Ronaldo.

Srebrny medal mistrzostw kontynentu został przyjęty ze sporym rozczarowaniem. Płakał Ronaldo, płakała cała Portugalia, a Europa przecierała oczy ze zdumienia z powodu ostatecznego triumfu Greków. Jednak rozgrywane na portugalskich boiskach Euro sprawiło, że Deco przestał być naturalizowanym Brazylijczykiem. Stał się pełnoprawnym Portugalczykiem.

Na mundialu w 2006 roku podopieczni Scolariego może nie zachwycali stylem, nie strzelali dużo goli, ale grali piłkę wyrachowaną i odpowiedzialną, co dało im drugi najlepszy wynik w historii - czwarte miejsce. Deco był kreatorem, spisywał się dobrze, choć zdarzały mu się też gorsze momenty, jak bezbarwny występ w półfinale z Francją czy czerwona kartka w brutalnym meczu 1/8 finału przeciw Holandii, który bez przesady nazwać można regularną bitwą.

Anderson Luís de Souza wystąpił łącznie na dwóch mundialach i dwóch turniejach o tytuł mistrzów Europy. Bogata kariera reprezentacyjna wydaje się być skromna w porównaniu do wyczynów klubowych Deco, co wiele o tym, z jak wielkim piłkarzem mamy do czynienia. W 2004 roku wygrał Ligę Mistrzów z FC Porto. Był kluczowym elementem układanki Mourinho. Strzelił gola w finale przeciwko Monaco, uznano go zresztą za najlepszego zawodnika decydującego meczu. Dwa lata później powtórzył triumf w najważniejszych klubowych rozgrywkach w Europie. Tym razem, broniąc barw Dumy Katalonii. Wygrywał ligę w Portugalii, w Hiszpanii i w Anglii. Współpracował z największymi szkoleniowcami początku XXI wieku. Luiz Felipe Scolari zrobił z niego czołową postać reprezentacji, José Mourinho dał mu szansę zaistnieć w Europie. A na jego drodze stanęli przecież jeszcze Ancelotti, Rijkaard, Hiddink. Nie było mu dane pracować z Guardiolą - gdy ten obejmował Barcelonę, Deco z niej odchodził.

Zapytany o to, komu by kibicował w finale mistrzostw świata, gdyby o tytuł walczyły reprezentacje Brazylii i Portugalii, Deco bez zastanowienia odpowiada - "oczywiście, że Portugalii. To przez relacje, które łączą mnie z tym krajem i ludźmi."

Często mówiło się, że jest Brazylijczykiem, którego Brazylii brakowało. Lecz Deco jest symbolem Portugalii z pierwszej dekady XXI wieku. Takim samym jak Luís Figo. 

******************************************

Portugalia

Aktualne miejsce w rankingu FIFA – 4.
Występy na mistrzostwach świata – 6
Najlepszy wynik na mistrzostwach świata – III miejsce (1966)
Najwięcej meczów w kadrze – Cristiano Ronaldo (149)
Najwięcej goli w kadrze – Cristiano Ronaldo (81)
Bilans meczów z Polską – 5-3-3 (mecz z Euro 2016 traktowany jako zwycięstwo Portugalczyków)

******************************************
Cytaty z oficjalnego portalu FIFA i magazynu Four Four Two

Pokopana Rozgrzewka - Maroko


mistrzostwa świata

Gdy latem 1984 roku piłkarze reprezentacji Maroka jechali do Los Angeles na Igrzyska Olimpijskie, niewielu dawało im szanse na wyjście z trudnej grupy, w której los przydzielił im drużyny z Brazylii, RFN i Arabii Saudyjskiej. Marokańczycy przegrali 0:2 z Brazylijczykami i reprezentantami Niemiec Zachodnich, a skromne zwycięstwo 1:0 nad Arabią Saudyjską pozwoliło im zająć trzecie miejsce w grupie. Żegnali się z turniejem, ale na własnej skórze odczuli jego rangę, zakochali się w tej atmosferze i zaczęli marzyć o wyjeździe na mundial, który dwa lata później miał odbyć się w Meksyku.

Do mistrzostw świata awansowali pewnie. Przez eliminacje przeszli, tracąc tylko jednego gola - w ostatniej rundzie w meczu przeciwko Libii. Piłkarze rozpalili nadzieje kibiców. Dostępu do bramki Marokańczyków strzegł Ezzaki "Zaki" Badou, którego kilka miesięcy później France Football uzna za najlepszego piłkarza roku w Afryce. W ataku błyszczał Abdelkrim Merry Krimau z francuskiego Le Havre, który w sezonie 1985/86 był jednym z czołowych strzelców ligi francuskiej. Za dostarczanie piłki pod nogi Krimau odpowiadał Mohammed Timoumi - afrykański piłkarz roku 1985. Środek pola cementował Aziz Bouderbala, który kilka lat później zagra w Olimpique Lyon.

Lecz losowanie grup delikatnie ostudziło nastroje w kraju. Maroko miało się zmierzyć z Anglią, Polską i Portugalią. Cóż, nie byli faworytem do wyjścia z grupy, tym bardziej, że wcześniej żadna afrykańska drużyna tego nie dokonała.

Ale reprezentanci Maroka nie spuścili głów. Brazylijski szkoleniowiec José Faria skrupulatnie opracował plan przygotowań do najważniejszej imprezy piłkarskiej na świecie. Marokańczycy wyjechali na czterdziestodniowe zgrupowanie do miasta Monterrey, gdzie odbyć miał się pierwszy mecz grupowy przeciwko Polsce. Piłkarze z Afryki przyzwyczajali się do meksykańskiego klimatu, rozgrywali masę meczów towarzyskich, pracując nad organizacją taktyczną i odpowiednim przygotowaniem fizycznym.

2 czerwca 1986 roku wybiła godzina próby. Marokańczycy postawili na defensywny futbol. Rozbijali kolejne ataki Polaków, a Zbigniew Boniek i spółka nie mogli znaleźć sposobu na przebicie się przez afrykańskie zasieki. Mecz zakończył się bezbramkowym remisem.

Pomimo korzystnego wyniku, nie wszystkim podobał się styl gry piłkarzy z Afryki. "Chcielibyśmy grać piękny futbol, ale nie zawsze możesz sobie na to pozwolić, zwłaszcza na tak dużym turnieju. Chcesz oglądać spektakularną piłkę? Idź na mecz Węgrów" - bronił swoich podopiecznych José Faria. Węgrzy tymczasem przegrali swój pierwszy mecz ze Związkiem Radzieckim 0:6.

Drugim rywalem Marokańczyków byli Anglicy. Pomysł Wyspiarzy na ten mecz był prosty - wygra silniejszy. Anglicy tak bardzo skoncentrowali się na dominacji fizycznej, że zapomnieli strzelać gole. Remis 0:0. "Anglicy pokazali bardzo niewiele.[...] Graliśmy z drużyną ze średniowiecza" - wspominał jeden z uczestników tamtego spotkania, Abdelkrim Merry Krimau.

Po dwóch kolejkach reprezentanci Maroka mieli na swoim koncie dwa punkty, Polacy trzy (przyznawano dwa punkty za zwycięstwo), Portugalczycy dwa, a Anglicy jeden. W ostatniej kolejce Marokańczycy podejmowali Portugalczyków, a Polacy Anglików.

"Przeciwko Polsce i Anglii graliśmy taktyczny futbol. Powstrzymaliśmy swoje ofensywne instynkty i zamykaliśmy mecze. Pragnęliśmy, by nasze nadzieje były żywe. Lecz mecz z Portugalią był zupełnie inny. Wcisnęliśmy gaz." - Abdelkrim Merry Krimau

Dwa gole Abderrazaka Khairiego i jeden Abdelkrima Krimau dały Marokańczykom pierwsze zwycięstwo na meksykańskim mundialu. Portugalczyków stać było tylko na odpowiedź Diamantino Mirandy w końcówce spotkania. Maroko wygrało grupę. Ostatnie miejsce zajęli Portugalczycy. Z drugiego i trzeciego miejsca do dalszej fazy awansowali odpowiednio Anglicy i Polacy. "Odnieśliśmy wrażenie, że grupowi rywale trochę nas zlekceważyli" - opowiadał po latach inny uczestnik tamtych wydarzeń - Mustafa El Haddaoui.

W 1/8 finału na piłkarzy z Afryki czekała reprezentacja RFN, która dwa lata wcześniej ograła Maroko 2:0 na igrzyskach olimpijskich. Mecz odbywał się w straszliwym upale. Można było odnieść wrażenie, że Niemcy źle znoszą panujące warunki atmosferyczne. Byli powolni, często podbiegali do linii bocznej napić się wody. "Wyglądali, jakby się gotowali" - opisywał Krimau. Przez 86 minut utrzymywał się bezbramkowy remis. W 87. minucie Niemcy wywalczyli rzut wolny. Miejsce, w którym Lothar Matthäus ustawił piłkę, dzieliło od bramki ponad 30 metrów. Uderzył płasko, tuż nad ziemią. Pięć metrów przed bramkarzem piłka odbiła się od nawierzchni i przeleciała nad ręką interweniującego Zakiego. Niemcy grali dalej.

"Mieszkańcy Maroka byli z nas dumni. Gdy wróciliśmy do domu, przygotowano nam paradę przed stutysięcznym tłumem" - kończy swoje wspomnienia Mustafa El Haddaoui.

Rezultat osiągnięty na mistrzostwach świata w 1986 roku był historyczny nie tylko dla Maroka, ale też dla całej Afryki. Pierwszy raz w historii mundialu drużyna z tego kontynentu wygrała grupę i awansowała do kolejnej rundy.

*******************************************

Maroko

Aktualne miejsce w rankingu FIFA – 42.
Występy na mistrzostwach świata – 4
Najlepszy wynik na mistrzostwach świata – 1/8 finału (1986)
Najwięcej meczów w kadrze – Abdelmajid Dolmy (140)
Najwięcej goli w kadrze – Ahmed Faras (42)
Bilans meczów z Polską – 1-2-2

*******************************************
Cytaty z książki "Feet of the Chameleon - The Story of African Football" i strony internetowej FIFA.

Pokopana Rozgrzewka - Hiszpania

mędrzec z Hortalezy

Z mistrzostw Europy w 2004 roku Hiszpanie po raz kolejny wracali z podkulonymi ogonami. Cierpieli, bo na portugalskich boiskach nie zdołali nawet wyjść z grupy. 

Dwa lata wcześniej, na japońsko-koreańskim mundialu skrzywdzili ich sędziowie. W ćwierćfinale z Koreą Południową nie uznali dwóch goli. Hiszpanie odpadli po karnych.

Cofać tak można się aż do 1964 roku, kiedy to triumfowali na wielkiej imprezie, zdobywając tytuł mistrzów Europy. Przez dziesiątki lat każdy kolejny turniej okazywał się rozczarowaniem. Selekcjonerzy się zmieniali, a gablota pozostawała pusta. By przerwać fatum, potrzebny był ktoś specjalny. Potrzebny był "mędrzec z Hortalezy" - Luis Aragonés.

Jako piłkarz został legendą Atletico Madryt, choć na początku kariery trafił Realu. Urodził się w jednym z dystryktów stolicy Hiszpanii, miał więc grać u siebie, w jednym z największych klubów na świecie. Niestety, napastnik miejsca w pierwszej drużynie nie zagrzał, przez trzy lata tułał się po wypożyczeniach. Wreszcie został kupiony przez Oviedo, w barwach którego w końcu zadebiutował w najwyższej klasie rozgrywkowej. Strzelił też pierwsze gole i to wystarczyło, aby swoją osobą zainteresować Betis. Grał tam do 1964 roku, a następnie powrócił do swojego miasta. Związał się z Atletico Madryt.

W pasiastej koszulce trzykrotnie został mistrzem Hiszpanii. Dwa razy zdobył Puchar Króla. Kibice go pokochali. Zaczęli nazywać go "zapatones", co tłumaczyć można jako "ten, który ma wielkie buty", co wiązało się z ogromnym talentem Aragonésa do bicia stałych fragmentów gry. Napastnik odwzajemniał uczucie. Gole strzelał jak na zawołanie. Do dziś jest najlepszym strzelcem w historii klubu. Odrzucony przez Real Madryt, pokochał Atletico.

Gdy tuż po zakończeniu Euro 2004 obejmował posadę selekcjonera w drużynie narodowej, był uznanym specjalistą. Prowadził Barcelonę, z którą wygrał Puchar Króla, Espanyol, Sevillę, Villareal, Mallorcę, Oviedo, w którym jako piłkarz zdobył debiutancką bramkę w Primera Division i wreszcie Atletico Madryt. 

Nowy rozdział zaczął się od skandalu. Podczas jednego z treningów selekcjoner dyskutował z Jose Antonio Reyesem na temat jego sytuacji w klubie. Reyes grał w Arsenalu mało, nie był w stanie wygryźć ze składu Thierry'ego Henry'ego. Aragonés motywował swojego piłkarza, obrażając przy tym na tle rasistowskim francuskiego snajpera. Pech chciał, że rozmowa odbywała się przy mikrofonie jednej z telewizji. Media grzmiały, chciały, by selekcjoner wyleciał z pracy. Przetrwał.

Aragonés wiedział, czego brakuje reprezentacji - „Chciałbym, by ten zespół posiadał tożsamość. Jeśli Brazylijczycy mają swoich Canarinhos, Argentyńczycy Albicelestes, pragnę, by Hiszpanie mieli swoją „La Roja”. 

Rezultaty nie pojawiły się od razu. Na mistrzostwa świata w 2006 roku Hiszpanie awansowali dopiero po barażach ze Słowacją. Na turnieju wygrali grupę z kompletem zwycięstw, lecz odpadli zaraz po wyjściu z niej. W 1/8 trafili na Francję i przegrali 1:3. Klątwa trwała.

Ale Aragonés nie był człowiekiem, który łatwo się poddaje. Rozpoczął gruntowną przebudowę. Pozbył się Raúla, legendy, z którą nigdy nie było mu po drodze. Na jednej z konferencji powiedział, że "na jego widok spodnie z tyłka mi nie spadają". Innym razem wyrzucał z siebie - "Na ile mundiali pojechał Raúl? Na trzy. Ile razy brał udział w mistrzostwach Europy? Dwa razy. Powiedz mi, które z tych turniejów wygraliśmy?”

Równocześnie w Europie zaczynała przebudzać się Barcelona. Aragonés nie mógł z tego nie skorzystać. Centralną postacią swojej drużyny ustanowił Xaviego. Obok niego grać mieli Iniesta i Fàbregas. Za asekurację odpowiadał nieznany szerszej publiczności Marcos Senna z Villareal. W ataku postawił na Davida Villę i Fernando Torresa, którego dobrze znał z Atletico. Zaufał młodemu Sergio Ramosowi, dał szansę Joanowi Capdevili. Wybrał zawodników i wreszcie stworzył drużynę, która zakończyła klątwę i sięgnęła po mistrzostwo Europy w 2008 roku. Carles Puyol - "Nauczył nas wszystkich wierzyć."

Hiszpanie zaczęli grać dynamicznie, krótkimi podaniami. W piłce klubowej zachwycała Barcelona, w piłce reprezentacyjnej "La Roja". Hiszpanie wreszcie znaleźli swój styl.

Mówiono na niego "mędrzec", choć sam wolał nazywać się głupcem, bo - jak tłumaczył słowami Sokratesa - zawsze wiedział, że nic nie wiedział. Jego filozofia była prosta. "Wygrywać, wygrywać, wygrywać, i znów wygrywać, i znów wygrywać, wygrywać, wygrywać - to właśnie jest futbol" - krzyczał do mikrofonu na jednej z konferencji. Uważał, że trener powinien być jednym z piłkarzy, a skoro oni występują na boisku w strojach sportowych, to trener powinien ubrany być w dres. I w dresie wznosił Puchar Europy.

Był piłkarskim romantykiem, co objawiało się w jego przywiązaniu do Atletico Madryt i miłości do zapachu świeżo ściętej trawy, "który go odurzał". Podczas jednego z meczów reprezentacji rozgrywanego na Estadio Vicente Calderón, sędzia techniczny spacerował po namalowanym herbie Atletico. Aragonés podszedł do niego i szepnął - "panie sędzio, pan chodzi po herbie".

Człowiek, który dał "La Roja" tożsamość, zmarł w 2014 roku. W ostatniej drodze towarzyszyli mu piłkarze, których nauczył wierzyć.

Po jego śmierci pewien człowiek powiedział, że "Aragonés uszlachetnił hiszpański futbol." Był nim Florentino Pérez - prezes klubu, w którym 50 lat temu Aragonés nie dostał prawdziwej szansy.

*********************************************

Hiszpania

Aktualne miejsce w rankingu FIFA – 6.
Występy na mistrzostwach świata – 14
Najlepszy wynik na mistrzostwach świata – mistrzowie świata (2010)
Najwięcej meczów w kadrze – Iker Casillas (167)
Najwięcej goli w kadrze – David Villa (59)
Bilans meczów z Polską – 8-1-1

Pokopana Rozgrzewka - Urugwaj


Urugwaj mistrzostwa świata

Trudno jest wybrać jedną, dobrą historię związaną z Urugwajem, bo piłkarski los hojnie obdarował tę niewielką nację w niezwykłe, futbolowe przypadki. Można cofnąć się o lat osiem i przypomnieć siatkarski blok Luisa Suáreza w ćwierćfinale z Ghaną. 


Można też wrócić do roku 1950, w którym reprezentanci Urugwaju "zbezcześcili" brazylijską Maracanę i cały brazylijski futbol, wygrywając w decydującym meczu z gospodarzami turnieju 2:1. Urugwajczycy dali wówczas życie budzącemu strach w sercach Brazylijczyków mitowi Maracanazo, ale także rozpoczęli erę Canarinhos, czyli kanarków. W finale mundialu 1950 roku gospodarze grali bowiem w białych koszulkach, które uznano za pechowe. Od tamtej pory Brazylijczycy przerzucili się na znane do dziś żółte trykoty i przybrali przydomek barwnego ptaka.

Można wreszcie cofnąć się do roku 1930 i przypomnieć pierwszy w historii mundial, który zorganizowali nam właśnie Urugwajczycy. Lecz przypomnienie drabinki i drogi naszych dzisiejszych bohaterów po Puchar Nike będzie opowieścią suchą i niebudzącą większych emocji. Chyba że, historię tę opowie Wam Héctor Castro.

Z pozoru Castro był typowym piłkarzem czasów, w których o profesjonalizacji futbolu nikt jeszcze nie śnił. Kochał biegać za piłką tak samo mocno, jak kochał kobiety, alkohol, papierosy i hazard. Jako napastnik nie wyróżniał się wielką techniką, za to charakteryzował się sporą siłą i kapitalnym wykończeniem. Był walczakiem, który na boisku nigdy nie odpuszczał.

Jednak Héctor Castro był "inny" niż reszta zawodników. Castro nie miał połowy prawej ręki. Wychowywał się w biedzie, przez co od najmłodszych lat zmuszony był do pracy. Zajmował się cięciem drewna i gdy miał 13 lat uległ wypadkowi z piłą elektryczną. Amputowano mu przedramię. 

Niepełnosprawność nie przeszkodziła mu sięgnąć po marzenia. Z Clubem Nacional de Football trzykrotnie zostawał mistrzem Urugwaju. W koszulce reprezentacyjnej dwukrotnie wygrał rozgrywki Copa América, został mistrzem olimpijskim w 1928 roku, a dwa lata później mistrzem świata na pierwszym w dziejach mundialu.

Urugwaj został gospodarzem historycznego turnieju z trzech powodów. Po pierwsze, piłkarze z Ameryki Południowej byli w tamtych czasach piłkarską potęgą. W latach 20. XX wieku Urugwajczycy wygrali cztery razy mistrzostwa kontynentu i dwa razy Igrzyska Olimpijskie. Po drugie, organizacja mundialu miała podkreślić stulecie niepodległości tego niewielkiego kraju. Po trzecie, gospodarze zadeklarowali pokrycie kosztów podróży drużyn, które miały zagrać w w turnieju.

W mistrzostwach udział wzięło 13 reprezentacji. Uczestników podzielono na trzy grupy z trzema drużynami i jedną z czterema. Urugwaj trafił do grupy z Peru i Rumunią. Wygrał oba mecze, a Héctor Castro strzelił gola Peruwiańczykom, stając się tym samym pierwszym w historii swojego kraju zdobywcą bramki na mistrzostwach świata. Mimo tego historycznego wyczynu, Castro stracił miejsce w składzie na rzecz Peregrino Anselmo, który miał bardziej pasować do stylu gry reprezentacji gospodarzy. Jednak w wygranym 6:1 meczu półfinałowym z Jugosławią, Anselmo doznał kontuzji, która wyłączyła go z gry w wielkim finale. Na najważniejszy mecz do składu ponownie wskoczył Héctor Castro.

W finale czekała Argentyna. Kilkanaście godzin przed pojedynkiem o puchar napastnik odebrał dziwny telefon. Rozmówca proponował mu 50 tysięcy pesos w zamian za porażkę Urugwaju. Propozycja zaliczała się do tych nie do odrzucenia, bowiem Castro usłyszał, że w przypadku odmowy może już więcej nie zobaczyć wschodu słońca.

Co zrobił napastnik gospodarzy? Wybiegł na boisko zmotywowany jak nigdy i minutę przed końcem "zabił" mecz, strzelając gola na 4:2. Przy wyniku 3:2 Argentyńczycy mocno zdominowali swoich rywali. Wydawało się, że zaraz padnie bramka na remis. Zamiast tego to Héctor Castro wpadł w objęcia szczęśliwych kolegów z drużyny.

Mundial okazał się organizacyjnym sukcesem, lecz niektóre jego aspekty mogły szokować. Stefan Szczepłek w swojej "Historii futbolu" wspomina, że szczególnie zaskakujące były decyzje sędziowskie. W meczu grupowym Argentyny z Francją długo utrzymywał się wynik 1:0 dla piłkarzy z Ameryki Południowej. W 84. minucie sam na sam z bramkarzem wybiec miał napastnik Francuzów - Marcel Langiller. W tym momencie sędzia odgwizdał koniec spotkania. Europejczycy zaczęli protestować i arbiter ugiął się pod ich argumentami, jednak sytuacji sam na sam Francuzom nikt już nie przywrócił.

Skoro mowa o piłkarskich kontrowersjach, warto przypomnieć jeszcze jeden epizod z historii Héctora Castro. W 1933 roku w ramach mistrzostw Urugwaju rozgrywano mecz pomiędzy Nacionalem, którego barwy reprezentował Castro, i Atletico Peñarolem. Jeden z zawodników Peñarolu zdobył bramkę, mimo że piłka wcześniej opuściła boisko. Sędzia uznał gola. Spowodowało to wielkie protesty piłkarzy Nacionalu. Arbitra zaatakowano, ten odniósł obrażenia, które nie pozwoliły mu kontynuować prowadzenia meczu. Trzech zawodników Nacionalu zostało wyrzuconych z boiska, a gwizdek w usta wziął sędzia liniowy. Wznowił grę i za chwilę ją przerwał, ponieważ zrobiło się ciemno i niewiele było widać. Mecz został wstrzymany w 70. minucie, gola Peñarolu ostatecznie odwołano i zdecydowano się dokończyć spotkanie w innym terminie.

Do meczu powrócono dwa miesiące później. Planowano rozegrać jedynie ostatnie 20 minut. Wynik początkowy 0:0, skład personalny - dziewięciu zawodników Nacionalu (jednemu anulowano wykluczenie) kontra jedenastu piłkarzy Peñarolu. Bramki nie padły. Rozegrano dwie połowy dogrywki, w których również nikt nie trafił do siatki.

Rozegrano więc kolejne spotkanie. Nacional wygrał 3:2, a Castro ustrzelił hattricka. Po 6 miesiącach od pierwotnego terminu meczu wreszcie wyłoniono mistrza kraju.

W 1936 roku Héctor Castro odwiesił buty na kołku. Zajął się trenerką, w której też odnosił ogromne sukcesy - prowadzony przez niego Nacional pięciokrotnie został mistrzem kraju. Zmarł w wieku 55 lat na atak serca, do którego przyczynił się niezdrowy i stresujący tryb życia.

Z powodu niepełnosprawności nazywano go "Boskim Jednorękim". Brak przedramienia nie przeszkodził mu sięgnąć po marzenia. Ze swojej niedoskonałości uczynił wręcz zaletę. Castro znany był z brudnej gry, nie uciekał od ostrych zagrań, a swoim kikutem często uderzał rywali podczas pojedynków o górne piłki. Sędziowie nie dostrzegali przewinień. 

***********************************************

Urugwaj

Aktualne miejsce w rankingu FIFA – 22.
Występy na mistrzostwach świata – 12
Najlepszy wynik na mistrzostwach świata – mistrzowie świata (1930, 1950)
Najwięcej meczów w kadrze – Maxi Pereira (124)
Najwięcej goli w kadrze – Luis Suárez (50)
Bilans meczów z Polską – 1-2-1

Pokopana Rozgrzewka - Egipt


Zamalek

Hossam Hassan to wielka postać egipskiej piłki. Z siedemdziesięcioma golami na koncie jest najlepszym strzelcem w dziejach drużyny narodowej. W listopadzie 1989 roku zdobył jedyną bramkę dwumeczu przeciwko Algierii i tym samym wysłał swoich rodaków na ich drugi w historii mundial.

W 1934 roku Egipcjanie jechali na mistrzostwa jako pierwsza w dziejach drużyna z Afryki. Na włoskich boiskach rozegrali jedynie mecz z Węgrami. Przegrali 4:2 i mogli wracać do domu. W 1990 roku mundial ponownie odbył się na Półwyspie Apenińskim i dzięki Hassanowi Egipt znów mógł wziąć udział w tym wielkim futbolowym święcie. Ich występ zakończył się na fazie grupowej, ale remisy z Holandią i Irlandią oraz minimalna porażka 1:0 z Anglią wstydu nie przyniosły.

Lecz sportowy życiorys Hassana zawiera jeszcze jeden rozdział, którym opisać można kawał piłkarskiej kultury w Kraju Faraonów. Egipcjanin reprezentował barwy Al Ahly SC i Zamalek SC - dwóch największych klubów w Kairze, a zarazem w całym kraju. Klubów, których bezpośrednie mecze to wojna ukryta pod przykrywką sportowego wydarzenia. 

Derby Kairu to nie El Clasico z sielankową atmosferą na trybunach. Ze względów bezpieczeństwa mecze odbywają się na neutralnym stadionie, a sędziów ściąga się z zagranicy. Są race, oprawy i niestety brutalna przemoc. Zamieszki nie budzą zdziwienia, co gorsze - ofiary śmiertelne również. Grupy kibicowskie, Ultras Ahlawy z Al Ahly i Ultras White Knights z Zamalek, nie przebierają w środkach. W latach 70. po bójkach, które nastąpiły przy okazji derbów, wstrzymano rozgrywki ligowe.

Kilka lat temu na łamach brytyjskiego Guardiana pojawił się reportaż traktujący o futbolu w Egipcie. Autor przytaczał rozmowę z jednym z zawodników, który wspominał, że bezpieczniej jest w Kairze odpowiedzieć na pytanie "Jesteś katolikiem czy muzułmaninem?" niż na pytanie o sympatię klubową. W tym samym tekście wspomniana jest też dyskusja z taksówkarzem, który słysząc, że autor chce zobaczyć derby, udzielił mu jednej rady - "nie idź tam, bo zginiesz". Wskazówka kierowcy mogła być traktowana śmiertelnie poważnie, wszak sam taksówkarz przyznał się, że jest fanatykiem Al Ahly.

Podziały między dwoma klubami sięgają początków XX wieku i idą w parze, jak niemal wszystko w Egipcie, z polityką. Stowarzyszenie Al Ahly powstaje w 1907 roku i początkowo traktowane jest jako miejsce spotkań studentów opowiadających się przeciwko kolonizacji kraju. Pomysł na grę w piłkę rodzi się naturalnie. Nazwa klubu nie jest przypadkowa - Al Ahly to po prostu "narodowy". W drużynie nie było miejsca dla obcokrajowców i trend ten utrzymuje się do dziś, choć pojawiają się wyjątki. W obecnej kadrze Al Ahly znajduje się czterech obcokrajowców.

Cztery lata później rodzi się Zamalek. Drużyna założona przez belgijskiego prawnika miała być otwarta dla każdego, głównie obcokrajowców. Szczególnie upodobali ją sobie mieszkańcy Kairu należący do klasy średniej i wyższej. Ludność biedniejsza stała murem za Al Ahly. Podziały pogłębiły się podczas rządów, znienawidzonego przez ubogich Egipcjan, króla Faruka I. Podczas jego panowania klub przyjął nawet nazwę na jego cześć - Farouk El Awal Club.

Na domowym podwórku Al Ahly nie ma sobie równych. Drużyna jest czterdziestokrotnym mistrzem kraju i zdobywcą trzydziestu sześciu krajowych pucharów. W 2000 roku uznano ją nawet za najlepszy klub piłkarski w Afryce w XX wieku. Piłkarze Zamalek ligę wygrywali dwanaście razy, puchar kraju wznosili dwudziestopięciokrotnie. 

Kibice Al Ahly nie uciekają od polityki. Gdy w 2011 roku obalano z urzędu prezydenta Husniego Mubaraka członkowie Ultras Ahlawy stanęli w obronie placu, który przejąć chciały bojówki sprzyjające prezydentowi. Niewykluczone, że ramię w ramię z ultrasami Al Ahly walczyli fanatycy Zamalek. 

Niemal dokładnie rok po tym wydarzeniu fanatycy "narodowych" byli częścią największej stadionowej katastrofy, która wydarzyła się w Egipcie. 1 lutego 2012 roku piłkarze Al Masry Port Said podejmowali na swoim stadionie Al Ahly. Gospodarze wygrali 3:1, co dla gościu z Kairu oznaczało pierwszą porażkę w sezonie. Ultrasi Al Masry postanowili podgrzać i tak gorącą atmosferę. Po końcowym gwizdku wtargnęli na murawę i ruszyli w kierunku sympatyków Al Ahly. Zginęło 79 osób, ponad 1000 zostało rannych.

"Piłka jest ważniejsza od polityki. Przeciętny kibic Ahly to mężczyzna, który mieszka razem ze swoją żoną, teściową i piątką dzieci w małym mieszkaniu z jedną sypialnią. Człowiek ten dostaje pensję minimalną, jego życie jest do niczego. Jedyna pozytywna rzecz, która go spotyka to te dwie godziny spędzone w piątek na stadionie Al Ahly." - Assad, członek Ultras Ahlawy.

************************************************

Egipt

Aktualne miejsce w rankingu FIFA - 44.
Występy na mistrzostwach świata - 2 (1934, 1990)
Najlepszy wynik na mistrzostwach świata - faza grupowa (1990)
Najwięcej meczów w kadrze - Ahmed Hassan (184) 
Najwięcej goli w kadrze - Hossam Hassan (70)
Bilans meczów z Polską - 1-1-0

Pokopana Rozgrzewka - Arabia Saudyjska



Do mundialu mniej niż 100 dni. Czas rozpocząć okres przygotowawczy, by godnie wystąpić na rosyjskich boiskach. Z tej okazji, do rozpoczęcia mistrzostw świata, ukazywać się będą teksty dotyczące każdej reprezentacji, która zakwalifikowała się do imprezy finałowej. Nie chcę, by były to po prostu moje przewidywania co do każdej z drużyn, bo pewnie przeczytacie tego jeszcze sporo. Poza tym, kim ja jestem, by coś przewidywać  Dlatego też będę Wam przedstawiał pewne historie związane z każdą reprezentacją. Niekoniecznie będą to opowiadania traktujące stricte o mistrzostwach. Pewne jest jedno - każda drużyna dostanie swoją opowieść. Rusza przedmistrzowska rozgrzewka -#PokopanaRozgrzewka. Na pierwszy ogień grupa A i Arabia Saudyjska.

*******************************************

Niewielu jest piłkarzy, którzy pochwalić się mogą osiągnięciami godnymi Pelégo i Diego Maradony. Sami Al-Jaber z Arabii Saudyjskiej w 84. minucie grupowego meczu mistrzostw świata 2006 przeciwko Tunezji powtórzył ich wyczyn. 

W barwach Al-Hilal występował przez blisko dwie dekady. Koszulkę reprezentacyjną nosił 14 lat. Mimo ogromnego stażu nie jest jednak rekordzistą pod względem liczby występów w narodowych barwach. W tej statystyce nieznacznie wyprzedziło go dwóch Mohammedów - stoper Al-Khilaiwi i bramkarz Al-Deayea. Z 46. bramkami nie jest też najlepszym strzelcem w historii reprezentacji. Na tym polu przegrał z "Pelém pustyni" - Madżidem Abdullahem. 

Nie zmienia to natomiast faktu, że w Arabii Saudyjskiej jest postacią kultową, a kibice nazywają go po prostu "legendą".

Jego legenda wiązać może się z wyjazdem na Wyspy Brytyjskie. Nie jest przypadkiem, że niemal wszyscy piłkarze reprezentujący barwy Arabii Saudyjskiej na imprezach rangi mistrzostw świata grali na co dzień w rodzimej lidze. Wyjazd do zagranicznych drużyn mocno ograniczał saudyjski reżim. Al-Jaber cieszył się takim szacunkiem, że w 2000 roku zgodzono się na jego wypożyczenie do angielskiego Wolverhampton. Został pierwszym saudyjskim piłkarzem, który trafił na Wyspy.

Kariery tam jednak nie zrobił, zagrał w jedynie czterech meczach. W odniesieniu sukcesu w nowym środowisku przeszkodziły kontuzje oraz śmierć ojca, która na pewien czas wybiła mu piłkę z głowy. Lecz czasu spędzonego w Europie Al-Jaber nigdy nie żałował, z pobytu w Anglii wyniósł cenną lekcję:

"Pochodzimy z innej kultury, nie jesteśmy tak silni jak Europejczycy. [...] Profesjonalizm to dla Saudyjczyków trudne słowo, ponieważ dotyczy aspektów, których nie znamy. Najważniejsze elementy potrzebne do gry w zagranicznych klubach to cierpliwość i zdolność do adaptacji, czyli coś czego nam brakuje."

W reprezentacji narodowej debiutował w 1992 roku. Dwa lata później jechał na pierwsze w swoim życiu i pierwsze dla Arabii Saudyjskiej mistrzostwa świata. Mistrzostwa wyjątkowe, bo Saudyjczykom udało się wyjść z grupy, co do tej pory stanowi ich największy mundialowy sukces.

W pierwszej fazie trafili na Holendrów, Belgów i Marokańczyków. Z pierwszym z rywali przegrali, dwóch kolejnych zwyciężyli. W meczu z Marokiem Al-Jaber trafił do siatki. W 1/8 finału los skrzyżował ich ze Szwecją, która okazała się za mocna. Saudyjczycy przegrali 3:1 i odpadli z turnieju. Do domu wracali z podniesionymi głowami.

Drugą bramkę na mundialu zdobył cztery lata później we Francji w zremisowanym 2:2 meczu fazy grupowej przeciwko RPA. Na mistrzostwach w 2002 roku swojego wyniku nie poprawił. Al-Jaber zagrał wyłącznie w upokarzającym meczu z Niemcami. Piłkarze z Półwyspu Arabskiego polegli 8:0 i byli świadkami narodzin innej legendy - Miroslava Klose.

Po turnieju w Korei i Japonii Saudyjczyk postanowił zakończyć reprezentacyjną karierę. Jednak kilka miesięcy przed mundialem w 2006 roku Al - Jaber wrócił do kadry - "Nie możesz się wahać, gdy twój kraj cię potrzebuje."

Wrócił z poczucia obowiązku i ku uciesze kibiców. Wrócił, by dopełnić kolejną piękną piłkarską historię. Jakkolwiek absurdalnie by to nie brzmiało, w 84. minucie meczu z Tunezją, gdy wybiegał sam na sam z bramkarzem rywali, a następnie kopnął do bramki, stanął ramię w ramię z legendami Pelégo i Maradony. Strzelił gola na kolejnym mundialu na przestrzeni dwunastu lat. Tak samo jak herosi z Brazylii i Argentyny.

W swoim życiu wygrał też szalenie ważny mecz - pokonał świńską grypę, którą najprawdopodobniej zaraził się podczas pobytu w szpitalu.

Na koniec piłkarskiej przygody klub Al-Hilal zorganizował Al-Jaberowi mecz pożegnalny, w którym saudyjska drużyna zmierzyła się z Manchesterem United. Piłkarze z Półwyspu Arabskiego wygrali 3:2. Decydującego gola strzelił nie kto inny jak Al-Jaber. Po meczu napastnik opowiadał, że sir Alex Ferguson pogratulował mu kariery i przekazał jedną, ważną informację - "skoncentrujcie się na szkoleniu młodzieży".

Dziś Al-Jaber tę naukę wprowadza w życie. Ukończył studia, ale nie mógł żyć bez futbolu. Poświęcił się karierze trenerskiej.

*******************************************

Arabia Saudyjska

Aktualne miejsce w rankingu FIFA - 64.
Występy na mistrzostwach świata - 4 (1994, 1998, 2002, 2006)
Najlepszy wynik na mistrzostwach świata - 1/8 finału (1994)
Najwięcej meczów w kadrze - Mohammed Al-Deayea (178)
Najwięcej goli w kadrze - Majed Abdullah (71)
Bilans meczów z Polską - 0-0-3

Rüştü Reçber - bramkarz z wymalowanymi oczami

mistrzostwa świata 2002, Turcja

Kiedy latem 2002 roku jako dzieciak oglądałem swoje pierwsze świadome mistrzostwa świata, każdy element tego turnieju wydawał się być magiczny i fascynujący. Trzy mecze dziennie, reprezentacje krajów, o których istnieniu nie miałem bladego pojęcia, piłka z kapitalnym wzorem, telewizyjne intro z muzyką Vangelis, grzywka Ronaldo czy wreszcie Rüştü Reçber w bramce Turków z dziwnymi kreskami wymalowanymi pod oczami. 

Jak ma to miejsce w przypadku wielu bramkarzy, Reçber początkowo nie planował tarzać się po ziemi. Jako młody chłopak grał na prawym skrzydle, lecz jeden z trenerów dostrzegł w nim zadatki na solidnego golkipera. Podczas jednego z treningów Turek usłyszał, że ma całkiem niezłe warunki fizyczne, by zostać bramkarzem. Stanął więc między słupkami i został tam na dłużej.

W wieku 18 lat trafił do Antalyasporu. W nowej drużynie musiał pogodzić się z rolą zmiennika, często był nawet trzecim wyborem trenera. Reçber odznaczał się jednak ogromnym zaangażowaniem i potencjałem. Jego początki w dorosłej piłce zgrały się z początkiem trenerskiej ścieżki Fatiha Terima. Gdy Rüştü reprezentował barwy Antalyasporu, Terim pełnił funkcję selekcjonera młodzieżowej drużyny narodowej. Szkoleniowiec zadurzył się w umiejętnościach bramkarza i za punkt honoru wziął sobie wypromowanie chłopaka. Terim namawiał czołowe kluby ligi - Beşiktaş, Fenerbahçe lub Galatasaray - do zainteresowania się bramkarzem. Samego zawodnika również nieustannie zachęcał do transferu. Działania przyniosły skutek. Zawodnik miał podpisać wstępne porozumienie z Beşiktaşem. Transfer jednak nie wypalił. Rüştü miał wypadek samochodowy, co wpłynęło na decyzje władz potencjalnego pracodawcy o rezygnacji z transakcji.

Zamieszanie wykorzystało Fenerbahçe, które ostatecznie sięgnęło po młodego piłkarza. Żadna ze stron nie mogła żałować tej decyzji. Rüştü bronił dostępu do bramki “Żółtych Kanarków” w blisko trzystu meczach. To drugi wynik w historii klubu. Więcej meczów na koncie ma inny turecki bramkarz - Volkan Demirel, którego piłkarskie prządki losu często stawiały na drodze naszego bohatera. 

Na mundial do Korei i Japonii Rüştü jechał, mając już w swoim CV dwa tytuły mistrza kraju. Dla wielu, tak jak dla mnie, był postacią nową w piłkarskim panteonie bogów. Dla kibiców znad Bosforu był pewnym punktem drużyny narodowej. 

W Azji Turcy zagrali turniej życia. Z grupy wyszli z drugiego miejsca, różnicą goli wyprzedzając Kostarykę. Nie zdobywali wielu bramek, ale pochwalić się też mogli solidną grą w defensywie.. W ⅛ pokonali 1:0 Japonię, w ¼ wygrali 1:0 z Senegalem. W półfinale trafili na rywala z fazy grupowej - Brazylię. Rivaldo i Ronaldo bombardowali Reçbera, ale ten wydawał się być tego dnia w niekończącym się transie. Wrażenie to wzmacniały wspomniane wcześniej, wymalowane pod oczami czarne krechy. W taki sposób swoje twarze ozdabiali wojownicy. Radosław Majdan, który w lidze tureckiej spędził niepełne dwa lata, uważał natomiast, że linie te odbijały światło, czym miały pomagać bramkarzom, jednak teoria ta wydaje się być dość karkołomna i mało romantyczna. Poza tym, Rüştü w meczu półfinałowym był długowłosym wojownikiem. Wybijał dobitki, rzucał się pod nogi, wyciągał piłkę w sytuacjach wydawałoby się beznadziejnych. Skapitulował dopiero, gdy Ronaldo przełamał jego amok strzałem z czuba. 

Turcy wrócili z mistrzostw z brązowym medalem, a Rüştü dodatkowo z wyróżnieniem w postaci obecności w najlepszej jedenastce turnieju. Dwa lata później Pelé zaliczył go do grona 125. najlepszych piłkarzy na świecie. Reçber stał się ikoną tureckiej piłki.

W 2003 roku wygasł jego kontrakt z Fenerbahçe. Bramkarzem zainteresowane były największe europejskie potęgi. Gdyby nie drobna kłótnia z Wengerem, Turek trafiłby zapewne do Arsenalu. Ostatecznie wylądował w prowadzonej przez Franka Rijkaarda Barcelonie. Holenderski szkoleniowiec zachwycał się świeżym wzmocnieniem. Szykował Reçbera do roli pierwszego bramkarza, nazwał go nawet najlepszym golkiperem na świecie.

Rzeczywistość okazała się jednak bolesna. Turek miał problemy z językiem hiszpańskim, niechętnie się go uczył i nie był w stanie komunikować się płynnie z partnerami z obrony. Dla Rijkaarda była to sytuacja nie do zaakceptowania. Rüştü uważał natomiast, że bramkarz takiego kalibru nie powinien być trzymany na ławce z tak, z jego punktu widzenia, prozaicznego powodu. Po roku wrócił do Fenerbahçe na wypożyczenie, by po dwóch latach podpisać kontrakt na stałe. W Barcelonie zagrał raptem w czterech oficjalnych meczach.

Gdy w roku 2003 Reçber szykował się do zmiany otoczenia, realny był też transfer do Manchesteru United. Z drużyną z Old Trafford wiążą się dwie historie. Pierwsza nie jest zbyt wyjątkowa - ot, Rüştü w jednym z wywiadów przyznał, że jego bramkarskim idolem był Peter Schmeichel. Natomiast w 2004 roku, gdy Turek przyjechał z swoim Fenerbahçe na mecz Ligi Mistrzów do Manchesteru, wszyscy mówili o pewnym cudownym dzieciaku o niewiele znaczącym wówczas nazwisku Rooney. Zapytany na konferencji prasowej przed meczem o potencjalne zagrożenie ze strony Wayne’a, Rüştü odpowiedział, że “Rooney nie ma odpowiedniego doświadczenia” i nie jest zbyt dużym zagrożeniem. Następnego dnia, Anglik strzelił trzy gole i wyważył drzwi piłkarskiego salonu.

Z każdym sezonem pozycja Reçbera słabła. Pierwszym bramkarzem Fenerbahçe i drużyny narodowej został wspomniany wcześniej Volkan Demirel. Panowie bardzo się szanowali, ich współpraca układała się pomyślnie, jednak Rüştü pragnął odgrywać znaczącą rolę w drużynie. Zdecydował się więc na opuszczenie klubu.

Trafił tam, gdzie zacząć się miała jego poważna kariera, lecz plany pokrzyżował wypadek samochodowy. W 2007 roku Reçber podpisał kontrakt z Beşiktaşem. W nowym klubie do swojej gabloty z trofeami dołożył piąty tytuł mistrza Turcji i dwa krajowe puchary.

Podczas Euro 2008 przypomniał o sobie międzynarodowej publiczności. Fazę grupową przesiedział na ławce, między słupkami stanął dopiero w ¼ finału przeciwko Chorwatom. W meczu tym wystąpić nie mógł Demirel, który pauzował za czerwoną kartkę. 

Przez 90. minut utrzymał się bezbramkowy remis. Rüştü bronił doskonale. Jednak minutę przed końcem dogrywki zachował się dramatycznie. Wybiegł po piłkę na skraj pola karnego, ale Luka Modrić był szybszy. Chorwat uprzedził Turka, obrócił się z piłką i dośrodkował na głowę Ivana Klasnića, który uderzył do pustej bramki. Wydawało się, że jest już po wszystkim. Jednak dla Turków i dla samego Reçbera mecz jeszcze się nie skończył.

W drugiej minucie doliczonego czasu gry bramkarz rozpaczliwie wykopał piłkę w pole karne rywali. Zaliczył asystę. Piłka spadła pod nogi Semiha Şentürka, który doprowadził do remisu i serii rzutów karnych, w której to Rüştü obronił decydujące uderzenie i wprowadził Turków do półfinału. W 119. minucie bramkarz zstąpił do piekieł. Pół godziny później został bohaterem.

Rüştü Reçber bywał chimeryczny. Wzbudzał zachwyt i wyprawiał w bramce takie cuda, że Ronaldo, by go pokonać, musiał uciekać się do uderzeń z czuba. Lecz Turek potrafił też szokować w negatywnym kontekście. Tak jak wtedy, gdy w meczu eliminacyjnym do Euro 2004 przeciwko Anglii zdemolował Kierona Dyera w stylu Bruce’a Lee z “Wejścia Smoka”. Zrobił to w okolicach środkowej linii boiska. 

Na mecze wychodził ucharakteryzowany na wojownika i tak jak prawdziwy wojownik, dokonywał rzeczy, o których trudno zapomnieć.

Smutna, barwna piłka

Togo Mistrzostwa Świata
Emmanuel Adebayor wraz z kolegami celebrują pierwszą i do tej pory jedyną bramkę zdobytą przez reprezentację Togo na mistrzostwach świata.


Niewielu kibiców spodziewało się, że z grupy A afrykańskich eliminacji to właśnie Togijczycy awansują na niemiecki mundial. W roli faworyta postrzegano raczej reprezentację Senegalu. Tymczasem skuteczna taktyka nigeryjskiego selekcjonera Stephena Keshiego oraz, a może raczej skuteczność Emmanuela Adebayora, który z 11 golami został królem strzelców eliminacji, doprowadziły Togo do pierwszego miejsca w grupie i historycznego awansu na najważniejszą piłkarską imprezę na świecie.

Jednak trener Keshi nie dotrwał do mistrzostw. Pięć miesięcy przed mundialem odbył się Puchar Narodów Afryki. Fatalny dla piłkarzy z Toga. Zawodnicy Keshiego przegrali wszystkie trzy mecze. Stephen Keshi został zwolniony. Zastąpił go Niemiec Otto Pfister, który przez niemal całą swoją karierę trenerską pracował w egzotycznych, z europejskiego punkty widzenia, krajach.

Skład powołany przez Pfistera na historyczną imprezę w zdecydowanej większości składał się z graczy z ligi francuskiej. Największą gwiazdą był oczywiście, grający wówczas w Arsenalu, Emmanuel Adebayor. Oczywistym było, że każda grupa będzie dla Togijczyków trudna. Ostatecznie los skrzyżował debiutantów z Koreą Południową, Szwajcarią i Francją. 

Mało brakowało, a Otto Pfister także nie doczekałby mistrzostw. Klika dni przed pierwszym meczem przeciwko Korei piłkarze z Togo spierali się z narodową federacją w sprawie wynagrodzenia za udział w turnieju. Zawodnicy chcieli, by na konto każdego z nich wpłynęło 155 tysięcy euro oraz dodatkowe 30 tysięcy za zwycięstwo i 15 tysięcy za remis. Federacja nie była w stanie zgodzić się na warunki. Rozgoryczony konfliktem Pfister, trzy dni przed meczem stwierdził, że zrezygnuje ze swojej funkcji, jeśli strony nie dojdą do porozumienia. Piłkarze ostatecznie poszli po rozum do głowy, zakończyli konflikt i przekonali trenera do pozostania w kadrze.

Pierwsza połowa meczu z Koreą Południową pokazała, że debiutanci mogą stać się prawdziwą sensacją. W 32. minucie dwóch środkowych obrońców Korei zawahało się, który z nich przeciąć ma długie podanie. Sytuację wykorzystał Mohamed Kader z francuskiego Guingamp. Przejął piłkę, wbiegł w pole karne i strzelił po długim rogu. Potem, wraz z kolegami zaprezentował typowy dla afrykańskich drużyn, ekstrawagancki taniec radości. Druga część gry należała jednak do Koreańczyków, którzy ostatecznie wygrali 2:1.

Ze Szwajcarią Togo przegrało 2:0 i ostatni mecz z Francją piłkarze z Afryki mieli zagrać o honor. I bynajmniej nie jest to tylko piłkarska metafora.

Nazwa Togo funkcjonuje od 1905 roku. Od 1885 roku na części terytorium dzisiejszego Togo istniał niemiecki protektorat o nazwie Togoland. Po wybuchu Wielkiej Wojny do kraju wdarły się wojska francuskie i brytyjskie. Utworzono dwa nowe państwa znajdujące się pod administracją Ligi Narodów - Togo Brytyjskie na zachodzie byłego terytorium Togolandu i Togo Francuskie na wschodzie. Mimo że część francuska prawnie traktowana była jako republika autonomiczna wchodząca w skład Wspólnoty Francuskiej, jej mieszkańcy nie godzili się na taki stan rzeczy, chcieli być w pełni niezależni. W latach 50. aktywnie działał ruch narodowowyzwoleńczy. Przeciwników ówczesnego ustroju represjonowano. W 1960 roku ostatecznie państwo to utraciło przymiotnik "francuskie" i stało się w pełni nieodległe. W międzyczasie Togo Brytyjskie zostało przyłączone do nowo powstałej Ghany.

Mecz z Francją nie był więc typową, piłkarską walką o honor, a w świadomości togijskich kibiców i piłkarzy rysował się jako bój o coś więcej. Zakończył się jednak porażką 2:0. Togo żegnało się z mundialem, a Francja ruszyła w drogę po finał. 

Historia tej reprezentacji jest barwna, ale też tragiczna. W 2007 roku piłkarze Togo udali się na mecz eliminacyjny Pucharu Narodów Afryki do Sierra Leone. Wygrali 1:0. Na wyjeździe obecna była również delegacja sportowych oficjeli z Togo z ministrem sportu na czele. Do kraju wrócić mieli helikopterem. Nie wrócili. Śmigłowiec rozbił się na lotnisku w Sierra Leone.

W styczniu 2010 roku piłkarze z Togo jechali autokarem na Puchar Narodów Afryki do Angoli. Przejeżdżać mieli przez będącą miejscem działań grup separatystycznych prowincję Kabinda, więc podróżowali z uzbrojoną obstawą. Mimo tego, zaraz po wjechaniu na niebezpieczne terytorium rozległy się strzały. W wyniku ataku zginęli rzecznik prasowy reprezentacji, asystent trenera oraz kierowca autokaru. Wśród rannych znaleźli się piłkarze oraz sztab medyczny drużyny. Togo zrezygnowało z udziału w turnieju. Emmanuel Adebayor postanowił zakończyć karierę reprezentacyjną, choć trzy lata później został przekonany do powrotu. - "Uzbrojeni byli po zęby, strzelali do nas jak do psów" - ze łzami w oczach wspominał zawodnik Thomas Dossevi. 

Afrykańska Federacja Piłkarska nie wykazała się zrozumieniem. Za opuszczenie turnieju reprezentacja Togo została ukarana finansowo oraz wykluczona z dwóch kolejnych edycji Pucharu. Biznes wygrał z ludzkimi emocjami.

Kilka miesięcy po tym traumatycznym wydarzeniu Togijczycy przegrali mecz towarzyski z reprezentacją Bahrajnu 3:0. Nie byłoby w tym niczego dziwnego, gdyby nie fakt, że władze piłkarskie afrykańskiej drużyny nie miały o tym spotkaniu bladego pojęcia. Okazało się, że mecz został zorganizowany przez byłego selekcjonera Bana Tchanilé'a i singapurskie przedsiębiorstwo zamieszane w ustawianie meczów piłkarskich. 

Na niemieckim mundialu Togo grało barwną piłkę. Być może nie byli odpowiednio przygotowani taktycznie. Na pewno odstawali poziomem. Lecz walczyli. Oglądanie ich na boisku sprawiało radość. Bo po raz kolejny mały kraj pokazał się wielkiemu, futbolowemu światu.

Mecz cudów w Parku Książąt



18 marca 1993 roku na Parc des Princes rozegrano mecz, o którym Thierry Henry powie później, że było to jedno z najlepszych spotkań, które miał okazję obejrzeć. Dziś kibice, przynajmniej ci neutralni, liczą na podobne doznania.

W sezonie 1992/93 wystartował pierwszy sezon piłkarskiej Ligi Mistrzów. W tamtym czasie można było mówić o szczerej elitarności tych rozgrywek - w fazie grupowej udział wzięło tylko osiem klubów. Oznaczało to, że w innym prestiżowym turnieju - Pucharze UEFA - grały naprawdę mocne ekipy. 

Wystarczy spojrzeć na pary ćwierćfinałowe Pucharu UEFA z sezonu 1992/93: AS Roma trafiła na Borussię Dortmund, Benfica Lizbona zmierzyła się z Juventusem, AJ Auxerre skrzyżowało miecze z amsterdamskim Ajaxem, a Paris Saint-Germain podejmował właśnie Real Madryt.

W pierwszym meczu Królewscy pokazali swoją siłę i wygrali na Estadio Santiago Bernabéu 3:1. Wiadomo było, że piłkarze PSG zrobią wszystko, by nawiązać walkę w rewanżu, ale nikt nie oczekiwał niemal niemożliwego. Francuski "Le Parisien" pisał o ewentualnym awansie paryżan w kategorii cudu.

I cud się wydarzył. W 33. minucie George Weah, który dwa lata później jako pierwszy i jako jedyny piłkarz z Afryki zdobędzie Złotą Piłkę, a jeszcze później zostanie 26. prezydentem Liberii, strzelił głową po dośrodkowaniu z rzutu rożnego. Piłka wpadła do siatki, a w niewiernych sercach rozpalił się mały płomyczek nadziei. 

To był moment, by przycisnąć Real. Tymczasem czas płynął, a wynik się utrzymywał. Do 80. minuty. Wtedy to David Ginola uderzył z pierwszej piłki zza pola karnego i trafił do siatki. Kilka lat później trafi jeszcze na okładkę czwartej edycji gry FIFA i na boiska angielskiej Premier League, gdzie zostanie nawet Piłkarzem Roku 1999.

Sześć minut później Brazylijczyk Valdo Filho zabawił się z obrońcami Królewskich w ich własnym polu karnym, markując uderzenie w pierwszym tempie, a następnie strzelił na 3:0. Tym samym zawodnicy PSG wjechali na Aleję Pól Elizejskich wiodącą wprost do półfinału.

Ale Królewscy nie odpuścili. Trzecia minuta doliczonego czasu gry, rzut wolny dla gości blisko pola karnego paryżan. Dośrodkowanie, zgranie wzdłuż linii bramkowej i Ivan Zamorano wślizgiem wbija piłkę do bramki. Wszystko wskazuje na to, że półfinalistę wyłoni jednak dogrywka. 

Lecz doliczony czas gry się przedłużał i gospodarze zdążyli wywalczyć jeszcze rzut wolny po przeciwnej stronie boiska. Valdo wrzucił w pole karne, a tam najwyżej wyskoczył obrońca Antoine Kombouaré. Na zdjęciu moment, w którym stoper zdobywa decydującą bramkę. 

Następnego dnia cytowany już wcześniej "Le Parisien" pisał, by francuskiemu defensorowi postawić pomnik. Kombouaré bronił barw PSG przez pięć lat. Został mistrzem kraju, dwukrotnie wznosił Puchar Francji, raz Puchar Ligi. W 2009 roku wrócił do klubu jako menedżer pierwszej drużyny. Pod jego wodzą Paris Saint-Germain wygrało jedynie krajowy puchar. Jednak pamiętać trzeba, że nie było to jeszcze PSG napędzane gotówką Nassera Al-Khelaifiego. Katarski biznesman przejął klub w maju 2011 roku. Siedem miesięcy później zwolnił... Antoine’a Kombouaré'ego, zastępując go Carlo Ancelottim. 

Francuz, który 25 lat temu dał klubowi z Paryża historyczny comeback, zawodnik, któremu przed Parkiem Książąt chciano stawiać pomnik, stał się pierwszą ofiarą nowego właściciela. 

By doprowadzić historię do końca warto przytoczyć dalsze losy PSG w rozgrywkach o Puchar UEFA 1992/93.

W półfinale trafili na Juventus. W pierwszym meczu, na nieistniejącym już Stadio delle Alpi w Turynie, Weah otworzył wynik i pozwolił kibicom śnić dalej o końcowym triumfie.

Ostatecznie piłkarze Starej Damy okazali się nie do przejścia. W drugiej połowie Roberto Baggio zdobył dwie bramki, w rewanżu dwa tygodnie później dołożył trzecie trafienie i to Juventus po zwycięstwie 3:1 w dwumeczu awansował do finału, gdzie zagrał przeciwko Borussii Dortmund.

Finał także rozgrywano w formie dwumeczu. Turyńczycy nie dali dortmundczykom szans. Wygrali 3:1 i 3:0, sięgając tym samym po swój trzeci w historii Puchar UEFA.

PSG zakończyło sezon 92/93 jako wicemistrz kraju i zdobywca Pucharu Francji.

W pogoni za rekordem



Miroslav Klose, Niemcy

Miroslav Klose celebruje swojego drugiego gola strzelonego Arabii Saudyjskiej podczas mistrzostw świata 2002.

Na mundial do Korei i Japonii Klose jechał jako jeden z najbardziej bramkostrzelnych zawodników zakończonego wówczas sezonu Bundesligi (16 goli).

Niemcy rozpoczynali mistrzostwa właśnie od pojedynku z Arabią Saudyjską. Nikt raczej nie spodziewał się, by Saudyjczycy dokonali czegoś sensacyjnego, natomiast porażka 0:8 była pewnym zaskoczeniem. Jednak nie o takiej niespodziance zapewne marzyli przybysze z Półwyspu Arabskiego.

Klose strzelił wówczas trzy gole. Wszystkie po uderzeniu piłki głową. W fazie grupowej dołożył jeszcze dwa trafienia - po jednym z Irlandią i Kamerunem - i zakomunikował, by nie zakładać jeszcze korony króla strzelców na głowę Brazylijczyka Ronaldo.

Tymczasem okazało się, że więcej goli na azjatyckich mistrzostwach już nie strzelił. Do domu wracał podwójnie przegrany - jako wicemistrz świata i wicelider klasyfikacji strzelców. Do Ronaldo zabrakło mu trzech trafień. Brazylijczyk wygrał bitwę. Nieostatnią, jaką będą mieli okazję stoczyć.

Cztery lata później niemieccy piłkarze przystępowali do mundialu z ogromnymi oczekiwaniami. Byli gospodarzami, byli mocni, byli głodni, bo na tytuł mistrza globu czekali od 1990 roku. Klose miał do pomocy Podolskiego, ich współpraca układała się wyśmienicie. Niemcy się cieszyli, a my płakaliśmy, bo każdy wiedział, że ci panowie mogli biegać, w świetnej swoją drogą, białej koszulce z szarym husarzem. Koniec końców nasi sąsiedzi, z pewnością rozczarowani, skończyli turniej z brązowym medalem, a Klose nastrzelał pięć goli. Został królem strzelców, tym razem pokonał Ronaldo.

Na kolejnym mundialu Ronaldo już nie zagrał. Jego "mistrzowski" i zarazem rekordowy licznik zatrzymał się na 15 trafieniach. Na turniej do Republiki Południowej Afryki Klose mógł jechać z myślą o pobiciu tego wyniku. Był blisko - do wyrównania rekordu zabrakło jednego trafienia. Z Afryki wracał z brązowym medalem i czterema trafieniami na koncie.

Nie raz piłka pokazała, że nie tylko sprawia radość, ale pisze też niezwykłe scenariusze. W 2014 roku zrobiła to po raz kolejny. Klose nie jechał na brazylijskie mistrzostwa jako gracz kluczowy. Nie jechał też jako piłkarz spełniony. Brakowało mu tytułu mistrzowskiego, brakowało mu dwóch goli do pobicia Ronaldo.
Rekord Brazylijczyka wyrównał w zremisowanym 2:2 grupowym meczu z Ghaną. Pobił go w półfinale przeciwko Brazylii, strzelając na raty po podaniu Müllera.

Tamtego lata Klose dopełnił swoją opowieść. Odebrał rekord Brazylijczykowi na brazylijskiej ziemi, na oczach tysięcy Brazylijczyków. Wreszcie, odebrał go na oczach samego Ronaldo, który traumatyczną porażkę 1:7 oglądał z trybun Estádio Mineirão w Belo Horizonte. Klika dni po tym, Klose został mistrzem świata.

"Gdy wyrównałem rekord, Ronaldo wysłał wiadomość - Witam Klosego w Klubie 15. Dziś ja mogę wysłać wiadomość - Miroslav Klose jest w Klubie 16 i wszyscy są w nim mile widziani."