PokopaneWdzianka - Pablo Aurrecochea


Gdybym zapytał was o nazwisko bramkarza, który na boisku nosił co najmniej dziwne stroje, większość z was zapewne przypomniałaby sobie o Jorge Camposie z Meksyku. I słusznie. Ale kilka tysięcy kilometrów dalej przyszedł na świat jeszcze większy wariat.

Przed wami Pablo Aurrecochea. Pablo jest Urugwajczykiem i nigdy nie był wybitnym bramkarzem. W poszukiwaniu swojego miejsca wędrował między Urugwajem a Argentyną. Reprezentował barwy wielu klubów, ale tylko w dwóch z nich stanął między słupkami na dłużej - w FC Tacuary i w Guarani. Z tym drugim udało mu się nawet wygrać mistrzostwo Urugwaju. Dziś Aurrecochea w poważną piłkę już nie gra, natomiast bawi się w futbol na poziomie czwartej ligi argentyńskiej.

Swoimi osiągnięciami Pablo świata na kolana nie rzucił. Jednak koszulki, w jakich pojawiał się na boisku, to zupełnie inna historia.

Nadruki na trykotach zmieniał co mecz, ponieważ... poprawiało mu to humor. Przynajmniej tak twierdził w rozmowie cytowanej kilka lat temu przez Daily Mail. Projekty, nawiązujące głównie do popularnych komiksów i kreskówek, przygotowywała mu żona. Raz Aurrecochea zagrał z wizerunkiem, napiętego jak Balotelli w meczu z Niemcami, Niesamowitego Hulka, innym razem jego biały strój ozdabiały czarne kropki i susząca zęby Myszka Miki. Był też Batmanem, Spidermanem, Supermanem i, co budziło chyba największy strach, Spongebobem. Na powyższym zdjęciu trykot bramkarza zdobi klaun Krusty z Simpsonów. Kreskówkowy bohater dzięki błaznowaniu zbudował imperium. Aurrecochea sukcesu Krusty'ego nie powtórzył, ale na pewno wprowadzał na boisko dodatkową radość. A przecież o to w tym wszystkim chodzi...

PokopaneWdzianka - Eintracht Brunszwik


Jest rok 1972. Pan Günter Mast - ówczesny dyrektor generalny spółki produkującej zapewne znany wam dobrze niemiecki likier Jägermeister - bawił się na jednym z firmowych bankietów. W pewnym momencie zauważył, że część jego znajomych biznesmenów gdzieś się ulotniła. Według anegdoty znalazł ich później w pomieszczeniu kuchennym, gdzie na małym ekranie telewizora oglądali transmisję meczu piłkarskiego.

Mast nie miał sportowej duszy. Jak sam mówił, "wiedział co to gol, natomiast nie potrafił wyjaśnić spalonego". Zamiast tego miał łeb na karku. Pomyślał, że skoro tak ważni panowie wymknęli się z imprezy, żeby popatrzeć na bieganie za piłką, to sport ten rzeczywiście musi mieć ogromną moc oddziaływania. Mast postanowił, że będzie sponsorował klub piłkarski, a że pochodził z miasta Brunszwik, to padło na tamtejszy Eintracht.

Przekonanie niemieckich władz piłkarskich do tego, by jedna z drużyn nosiła koszulki z logiem zewnętrznej firmy, zwłaszcza alkoholowej, nie było łatwe. Jednak nie takie przeszkody można pokonać. Eintracht najzwyczajniej w świecie zastąpił swój herb na trykocie innym, wzorowanym na logo Jägermeistera. Był rok 1973, a Eintracht Brunszwik stał się pierwszą drużyną w historii Bundesligi, która na swoich strojach reklamował sponsora. Likier dotarł do nowego, jakże podatnego środowiska, a klub zarobił 100 tysięcy marek.

Sam Günter Mast pełnił funkcję prezydenta Eintrachtu w latach 1983 - 86. Ale piłki nie pokochał. Podobno pojawił się tylko na dwóch spotkaniach swojej drużyny.

Na zdjęciu Paul Breitner w koszulce klubowej (najprawdopodobniej) z roku 1977.

Pokopane Wdzianka - Atletico Madryt 2003/04


Przełom XX i XXI wieku to szalony okres w historii madryckiego klubu.

W 2000 roku piłkarze ze stolicy Hiszpanii spadli do drugiej ligi, a jednocześnie wystąpili w finale Pucharu Króla. W 2002 roku wraz z trenerem Luisem Aragonesem, który wówczas po raz SIÓDMY prowadził Atletico, powrócili do najwyższej klasy rozgrywkowej. W maju 2003 roku, po 16 latach pełnienia funkcji prezydenta klubu, pan Jesus Gil zrezygnował ze swojego stanowiska. W jego przypadku Jesus to dość ironiczne imię, bowiem Gil podczas swojego długiego życia siedział w więzieniu, kumplował się z generałem Franco, wyzywał dziennikarzy i podobno kąpał się w szampanie. Jednak wątek religijny też pojawia się w jego życiorysie, bowiem w jednym z wywiadów stwierdził: tak, jestem na tyle popularny, że mógłbym być Bogiem.

Po odejściu Gila można się było spodziewać, że życie klubu odrobinę zwolni. Tymczasem, w sezonie 2003/2004 piłkarze Atletico biegali po boiskach rywali w granatowych koszulkach z wielką pajęczyną i logiem Spidermana na środku.

Te dość oryginalne koszulki, to wynik umowy sponsorskiej z amerykańską wytwórnią filmową Columbia Pictures. Porozumienie pozwalało na dość płynne zmiany oprawy graficznej stroju, dlatego też piłkarze Atletico mieli przyjemność reklamować światu przygody Hellboy'a czy apokalipsę zombie z Resident Evil. W derbach Madrytu wystąpili z budzącym strach logiem jednostki specjalnej S.W.A.T., by kilka meczów później głosić światu nadejście Piotrusia Pana. Nikt nie musiał specjalnie sprawdzać, co ciekawego wchodzi do kin. Wystarczyło odpalić mecz.

Widowiskowość koszulek nie przekładała się jednak na osiągane wyniki. Rozgrywki ligowe 2003/04 piłkarze Atletico ukończyli w środku tabeli.

Shunsuke Nakamura - cesarz stojącej piłki


Shunsuke Nakamura, Celtic Glasgow, japoński piłkarz, rzuty wolne

Na murawę Celtic Park, pełną wybieganych walczaków, wprowadził pierwiastek magiczny. Był panem rzutów wolnych. W rozgrywkach Ligi Mistrzów ośmieszył Van Der Sara, w Pucharze Konfederacji nie dał szans Barthezowi. Bezpośrednimi uderzeniami ze stałych fragmentów gry pokonywał bramkarzy w Szkocji, w Japonii i we Włoszech. Strzelał gole nie z tej ziemi, dlatego nie dziwi fakt, że Asteroida 29986 została nazwana jego nazwiskiem.

Nakamura nie zwlekał z rozwijaniem swojego talentu. W wieku pięciu lat rozpoczął zajęcia w szkole piłkarskiej Misono. Prezentował się na tyle dobrze, że został wybrany do reprezentacji swojego miasta - Jokohamy - i wraz z nią poleciał na turniej piłkarski do Związku Radzieckiego. Był jednym z najmłodszych uczestników zawodów.

Po skończeniu dwunastego roku życia przeniósł się do szkółki Jokohamy F. Marinos – klubu piłkarskiego, który na początku swojego istnienia był drużyną zakładową Nissana. Piłkarz pokochał swoje nowe miejsce na ziemi, lecz miłość ta została odrzucona. Co prawda Nakamura odznaczał się ponadprzeciętną techniką, lecz od reszty chłopaków odstawał warunkami fizycznymi. Trenerzy nie do końca wierzyli, że młody zawodnik zdoła przebić się do seniorskiej piłki, dlatego też Nakamura zmienił szkółkę i przeniósł się do Kawasaki. Nie na długo. Tam jego talent eksplodował i nagle Shunsuke stał się obiecującą perełką japońskiego futbolu. Gdy pukał do drzwi dorosłej piłki, miał do wyboru kilka niezłych ofert z pierwszoligowych drużyn.

Lecz jego miejscem była rodzinna Jokohama, wybrał sercem i ponownie trafił do Jokohamy F. Marinos. Spędził tam pięć lat. Wygrał krajowy puchar, został piłkarzem roku w Japonii, najlepszym piłkarzem ligi. To ostatnie wyróżnienie zdobył zresztą ponownie w 2013 roku i jest jedynym zawodnikiem, którego nagrodzono tym mianem dwukrotnie.

Przez reprezentację do Europy


Osobistym dramatem Nakamury był brak powołania na mistrzostwa świata w 2002 roku. Na kilka tygodni przed mundialem, w meczu z Hondurasem, grał fenomenalnie. Japończycy zremisowali 3:3, a Shunsuke strzelił dwa gole. Niestety, złapał też kontuzję, która mocno komplikowała wyjazd na turniej. Trzeba też pamiętać, że Nakamura nie cieszył się pełnym zaufaniem selekcjonera Philippe'a Troussiera. Po porażce 0:5 w towarzyskim meczu z Francją w 2001 roku, francuski trener Japończyków odsunął pomocnika od kadry niemal na rok. Nie jest tajemnicą, że selekcjoner preferujący defensywny styl gry, nie do końca wiedział jak wykorzystać potencjał Nakamury.

Wspomniany wcześniej mecz z Hondurasem miał jeszcze jeden poważny skutek. To po jego obejrzeniu skauci włoskiej Regginy Calcio ostatecznie zdecydowali, że warto sięgnąć po Japończyka. Nakamura przychodził jako gwiazda. Dostał koszulkę z numerem 10, mimo że ten należał do innego zawodnika. Wybór Regginy był jednak dość zaskakujący. O pomocnika walczyły inne, mocniejsze kluby, a poważne zainteresowanie wyrażał także sam Real Madryt, o czym pisała nawet oficjalna strona FIFA. 

Włoska przygoda nie była udana. Reggina tułała się po dnie tabeli, ciągle wymieniano trenerów (Nakamura we Włoszech pracował z pięcioma szkoleniowcami), a sam zawodnik w drugim sezonie złapał kontuzję, która znacznie ograniczyła minuty spędzone na boisku. Mimo tego, Shunsuke wyróżniał się na tle kolegów, ale czuł też, że nie jest w miejscu, o którym marzył i zdecydował się odejść.

Śnił o Hiszpanii, wierzył, że idealnie będzie pasował do tamtejszego technicznego futbolu. Ostatecznie wylądował w trochę innej rzeczywistości - w Szkocji, w Glasgow, ale też w domach polskich kibiców, którzy ze względu na Boruca i Żurawskiego, losy ówczesnego Celticu śledzili nałogowo.

Szkocki samuraj


Ponownie był to transfer zaskakujący. Nakamura przyzna nawet, że wcześniej nie miał pojęcia o istnieniu The Bhoys, lecz rozmowa z trenerem Gordonem Strachanem i prezesem klubu ostatecznie przekonała go do przeprowadzki na Wyspy. "Poczułem że władze klubu rozumieją mój sposób gry i jest to dla niego odpowiednie miejsce" - wspominał po latach.

Strachan był zachwycony sprowadzeniem Japończyka - „ma ogromną wyobraźnię, na boisku widzi luki, których inni nie dostrzegają”. W Szkocji Nakamura spędził cztery sezony, trzy razy wygrał mistrzostwo, dwa razy Puchar Ligi i raz Puchar Szkocji. W 2007 roku był nominowany do Złotej Piłki, został też pierwszym Japończykiem, który strzelił gola w Lidze Mistrzów.

Jego pobyt w Szkocji podsumować można czterema obrazkami.

Pierwsze dwa to cudowne gole w Lidze Mistrzów. Oba strzelone w 2006 roku. Oba strzelone w meczach przeciwko Manchesterowi United. Wreszcie oba strzelone bezpośrednio z rzutów wolnych. Pierwszy z nich komentował w ten sposób - „Starałem się uniemożliwić van der Sarowi przewidzenie momentu, w którym uderzę. Nie próbowałem przewidzieć jego ruchów. Udawałem, że biorę rozbieg, udawałem, że zaczynam strzelać. Wreszcie zrobiłem kilka kroków i uderzyłem.” Edwin van der Sar tylko patrzył, jak piłka wpada do siatki. Po drugim golu głos zabrał sam sir Alex Ferguson - „Ten chłopak ma świetną technikę. Nawet ja myślałem, że wiem, gdzie poleci piłka. Przecież widziałem jego strzały tak wiele razy.” Bramkarz zapewne też spodziewał, się, gdzie kopnie Nakamura. Nic mu to nie dało.

22 kwietnia Celtic wygrał drugie mistrzostwo kraju z rzędu. Doliczony czas gry, wynik 1:1. Rzut wolny dla Celtów. Nakamura ustawił piłkę ok 25 metrów od bramki. Wychylił się zza muru, pokazał coś jeszcze kolegom z drużyny i kopnął piłkę. Wydawało się, że jest to dośrodkowanie, jednak piłka minęła wszystkich zawodników zgromadzonych w polu karnym i wpadła do bramki tuż przy dalszym słupku. Stadion odleciał, a Nakamura utonął w objęciach kibiców.

Japończyka krytykowano, że w derbach z Rangersami nigdy nie błyszczy. Zawsze były to mecze pełne, często brutalnej, walki, w których technik Nakamura miał problem z odnalezieniem swojego miejsca. W kwietniu 2008 roku, po trzech latach spędzonych w Glasgow, Shunsuke wreszcie odpalił w Old Firm Derby. Strzelił gola w swoim stylu. Nie z rzutu wolnego, a z woleja. Z ponad 30 metrów. Ostatecznie The Bhoys wygrali tamten mecz 2:1, a kilka tygodni później zwyciężyli w lidze. Trzeci raz z rzędu.

O sposobie w jakim wykonuje rzuty wolne opowiadał w filmie opublikowanym na stronie internetowej UEFA. Podkreślał, że najważniejsza w tej sztuce jest czysta głowa, ponieważ nie można za bardzo "napalać" się na zdobycie bramki. Mimo że cudów dokonywał lewą stopą, zwracał też uwagę, jak ważne jest przeniesienie ciężaru na prawą nogę. Według Nakamury trening skupiony na rzutach wolnych nie może być za długi, a lepiej trenować krótko, ale systematycznie - "Podczas zajęć wykonuję 20, maksymalnie 30 rzutów wolnych". W poradniku przekazywał wszystkie te informacje, po czym stawiał sobie piłkę przed murem i kopał dokładnie tam, gdzie planował. Mówił po japońsku, mimo czterech lat spędzonych na Wyspach zawsze, miał problem z językiem angielskim.

Nakamura pokochał Szkocję, a Szkocja pokochała jego. Uwielbiał specjał tamtejszej kuchni – haggis - farsz z owczych podrobów duszony w owczym żołądku. Na trybunach Celtic Park hucznie pobrzmiewało „Na na na Nakamura”. Piłkarz podkreślał więzi łączące go z kibicami. Uważał, że ich doping sprawia, że piłkarze na murawie „rosną”. Gdy kilka lat temu pojawił się na środku boiska jako gość honorowy, kibice wiwatowali na jego cześć. Ich wrzawa wzrosła, gdy przyznał, że jego ulubiona bramka to ta zdobyta przeciwko Rangersom. 

„Gdybym był Szkotem, grałbym w Celticu do końca życia”.

Droga do domu


Jednak Nakamura był Japończykiem i tęsknił za ojczyzną. "Muszę myśleć o swojej żonie i rodzinie. Muszę myśleć o moim zaangażowaniu w drużynę narodową. W tej chwili muszę wiele podróżować i jest to dla mnie bardzo wymagające.” Z drugiej strony w jego sercu tliło się jeszcze jedno pragnienie, piłkarz koniecznie chciał spróbować hiszpańskiego futbolu. Swoje marzenie wreszcie spełnił, w 2009 roku, kiedy przeniósł się do Espanyolu prowadzonego przez Mauricio Pochettino. I bardzo się rozczarował.

W jednym z wywiadów z entuzjazmem opowiadał o różnicach między rozgrywkami w Szkocji i Hiszpanii - „W Hiszpanii mogę więcej czasu spędzać przy piłce. Większy nacisk kładziony jest na podania. Nawet murawa czasem wpływa na to jak grają drużyny”. Rzeczywistość okazała się być zupełnie inna. Piłkarz ostatecznie nie zaaklimatyzował się w nowym kraju. Zagrał 13 meczów w Espanyolu i wrócił do Japonii, do swojego miasta i do swojego klubu - Jokohamy F. Marinos.

Grał tam do 2016 roku. Wystąpił w kolejnych blisko dwustu meczach. Został mianowany na kapitana drużyny. Wszystko wskazywało na to, że w barwach Marinos Nakamura zakończy karierę. I taki też miał plan. Jednak w 2014 roku spółka City Football Club, do której dziś należy m.in. Manchester City, przejęła część udziałów w klubie. Atmosfera w drużynie stawała się coraz gorsza. Nakamura nie mógł skupić się na graniu w piłkę, popadł w konflikt z nowymi udziałowcami.

„Moje serce gotowe było, bym zakończył tam karierę. Nie chciałem oddać koszulki z numerem 10, którą kochałem. Lecz z każdym dniem czułem, że dzieją się tam złe rzeczy.”

Nakamura odrzucił propozycję nowego kontraktu i wybrał prawie czterokrotnie mniejsze pieniądze w drużynie Jubilo Iwata, gdzie gra do dziś. 

W Japonii wciąż jest gwiazdą. U szczytu swojej popularności jego twarz widoczna była na bilbordach w całym kraju. Reklamował gry komputerowe, do których sam miał ogromną słabość. Były angielski piłkarz Steve Perryman powiedział o nim, że „jest to gość, który swoją lewą nogą potrafi otworzyć puszkę fasoli.” W japońskich programach telewizyjnych, których Nakamura był częstym gościem, robił rzeczy o wiele trudniejsze. Trafił piłką w otwarte okno przejeżdżającego autobusu. Innym razem strącił cukrową figurkę młodej pary z weselnego tortu. Czarował, zachwycał, budził zainteresowanie, ale pozostał normalnym człowiekiem - "Wyjście na makaron w Japonii jest dla mnie bardzo trudne, ale dopóki nie przeszkadza to zbytnio mojej rodzinie, nie ma w tym nic złego"

W swojej karierze żałuje jednego - nigdy nie zdobył mistrzostwa Japonii z ukochaną Jokohamą F. Marinos.

Taniec, futbol i włoski mundial

Roger Milla, mistrzostwa świata

Co łączy taniec i futbol? Roger Milla, włoski mundial i jedna z najsłynniejszych celebracji w historii piłki nożnej.

Niewiele wskazywało na to, że Roger Milla w ogóle wystąpi na mistrzostwach świata w 1990 roku. W chwili wyboru składu na turniej Kameruńczyk bronił barw na pół amatorskiej drużyny JS Saint-Pierroise. Drużyny występującej w lidze Reunion - wysepki na Oceanie Indyjskim, zlokalizowanej nieopodal Madagaskaru i będącej "departamentem zależnym Republiki Francji". Egzotyczne miejsce do gry w piłkę.

Co więcej, Roger Milla oficjalnie zakończył swoją reprezentacyjną karierę w 1987 roku.

Napastnik na mundial jednak pojechał i nie była to decyzja jedynie selekcjonera reprezentacji, Rosjanina o melodyjnym nazwisko Niepomniaszczij, ale też prezydenta Kamerunu, pana Paula Biya'ego, który przekonał do powrotu trenera, a następnie samego zawodnika.

Reprezentacja Kamerunu trafiła do grupy z Argentyną, Rumunią i ze Związkiem Radzieckim. Turniej rozpoczęła od niespodziewanego zwycięstwa nad Albicelestes 1:0. W drugim meczu zmierzyła się z reprezentacją Rumunii i wygrała 2:1. Milla strzelił dwa gole, a po pierwszym z nich podbiegł do chorągiewki i wykonał swój ikoniczny taniec. Taniec, który 20 lat później będzie stanowił główny motyw telewizyjnej reklamy Coca - Coli.

"Pomysł na celebrację przyszedł mi do głowy spontanicznie. Nie planowałem tego, ponieważ nie wiedziałem nawet czy trener wpuści mnie na murawę."

Wpuścił, a Milla go nie zawiódł.

Strzelając dwa gole Rumunom, napastnik został najstarszym zdobywcą bramki w historii mistrzostw świata. Miał 38 lat.

Po dwóch zwycięstwach piłkarze Kamerunu byli pewni awansu do kolejnej fazy mistrzostw i nieco rozluźnieni podeszli do ostatniego meczu ze Związkiem Radzieckim. Przegrali 0:4.

W 1/8 finału zawodnicy z Afryki trafili na Kolumbijczyków. Do rozstrzygnięcia zwycięzcy potrzebna była dogrywka. Roger Milla, który pojawił się na boisku w drugiej połowie regulaminowego czasu gry, dwukrotnie pokonał bramkarza rywali. Kolumbijczycy odpowiedzieli raz. Milla był bohaterem, a Kamerun sensacją, bo jako pierwsza drużyna z Afryki awansował do ćwierćfinału mistrzostw świata. Tam lepsi okazali się być Anglicy.

Wydawało się, że piękna historia Rogera Milli właśnie się zakończyła. Jednak cztery lata później zawodnik dopisał jej kolejny rozdział.

Na mistrzostwa świata w 1994 roku Kameruńczyk jechał jako 42 latek. W piłkę grał w swojej ojczyźnie, w klubie Tonnerre Jaunde. Kibice go kochali. "Naciskali, żebym pojechał na turniej, bo byli przekonani, że jestem jedynym piłkarzem, który może strzelić tam gole" - mówił po latach.

Kibice się mylili - Kamerun zdobył trzy bramki, a autorem każdej z nich był inny piłkarz. Jednak wśród strzelców znalazł się też Roger Milla. Trafił do siatki honorowo, w ostatnim meczu fazy grupowej przeciwko Rosji, przegranym wysoko 1:6.

Po oddaniu strzału znów pomknął do chorągiewki i po raz kolejny chciał wykonać swój taniec. Gdy zaczął, koledzy z drużyny wskoczyli mu na plecy. Cieszynka nie była już tak efektowna.

Jednak nadal wyjątkowa. Tym bardziej, że Milla poprawił swój rekord i sprawił, że najstarszy strzelec gola w historii mundiali nie ma już 38, a 42 lata i 39 dni.

***
Szczęśliwego Nowego Roku. Tańczcie dziś jak Roger Milla

Samuel Eto'o - brzydkie dziecko o dobrym sercu

Samuel Eto'o, Thierry Henry, FC Barcelona

W 2009 roku sięgnął z Barceloną po potrójną koronę. Rok później wyczyn ten powtórzył z Interem Mediolan. Czterokrotnie uznawano go za najlepszego afrykańskiego piłkarza roku - żaden inny zawodnik nie dostąpił tego zaszczytu tak często. Z osiemnastoma golami na koncie jest najlepszym strzelcem w historii Pucharu Narodów Afryki, a z ponad stoma bramkami mieści się też w najlepszej dziesiątce strzelców wszech czasów Dumy Katalonii. A przecież jego poważna kariera rozpoczęła się od zderzenia ze ścianą w Madrycie, gdy pewnego wyjątkowo zimnego dnia, mając niespełna 16 lat, wylądował w stolicy Hiszpanii, ubrany w krótkie spodenki i kolorowy T-shirt...

Samuel Eto'o dorastał w warunkach lepszych niż wielu jego rówieśników. Pensja ojca-księgowego pozwalała zapewnić rodzinie odpowiedni byt. Jednak Eto'o nie był ślepy i doskonale widział, jak żyją ludzie w portowym mieście Duala w południowo- zachodniej części Kamerunu. Widział i nigdy nie zapomniał...

Młody Samuel uczył się futbolu, jak wielu, kopaniem piłki na ulicy. W wieku 11 lat trafił do Akademii Piłkarskiej Kedji. Cztery lata później siedział już w samolocie lecącym do wspomnianego wcześniej Madrytu, by rozpocząć treningi w drużynie B tamtejszego Realu. Szybko musiał opuścić Królewskich. Drużyna młodzieżowa spadła do III ligi, gdzie przepisy zabraniały wówczas występów zawodnikom spoza Unii Europejskiej.

Eto'o rozpoczął swoją tułaczkę. Trafił na wypożyczenia do Leganes i Espanyolu, a następnie do Realu Mallorca, gdzie wreszcie udało mu się osiąść na dłużej. Po czterech latach gry na Majorce, tamtejszy Real stawał się za ciasny. Eto'o zdążył zostać najlepszym strzelcem klubu w historii występów w najwyższej klasie rozgrywkowej i przeniósł się do FC Barcelony.

Pod wodzą Franka Rijkaarda dotarł na piłkarski top. Zgarniał trofea klubowe i indywidualne. W 2005 roku był trzeci w plebiscycie FIFA na najlepszego piłkarza na świecie. Dwa razy wygrał Ligę Mistrzów, trzy - mistrzostwo Hiszpanii.

Największym problemem Samuela Eto'o była jego łatwość do popadania w konflikty. Zawodnik zawsze uważał się za poszkodowanego, sam nazywał się brzydkim dzieckiem i podkreślał, że przez całe życie musi pracować ciężej niż inni.

Kameruńczyk rzekomo odmówił wejścia na boisko w meczu przeciwko Racingowi Santander w lutym 2007 roku. Eto'o wracał wówczas po długoterminowej kontuzji i jak sam przyznał, powiedział trenerowi, że woli pojawić się na murawie w końcówce spotkania. Holenderski menedżer odebrał to jako wyraz braku chęci do gry.

Po Rijkaardzie szatnię Barcelony przejął Pep Guardiola i od razu wszedł w konflikt z Samuelem Eto'o. Napastnik czuł się przez niego upokarzany. Według relacji zawodnika, Pep chciał odebrać mu koszulkę z numerem "9". Panowie nie rozmawiali ze sobą, Eto'o nie chciał nawet patrzeć na twarz szkoleniowca. W 2014 roku w studiu telewizyjnym przed Gran Derbi, Eto'o z szyderą na ustach opowiadał o swojej relacji z Guardiolą. Nazywał go przeciętnym piłkarzem, mówił o braku szacunku ze strony trenera, wbijał szpilę za szpilą.

Toczył też wojnę ze swoim bohaterem z dzieciństwa - Rogerem Millą. Na mundialu w 1990 roku Milla prowadził Kameruńczyków do historycznego ćwierćfinału, a w tym czasie dziewięcioletni Eto'o po każdym meczu "biegał po ulicach Duali i nikt nie był w stanie go zatrzymać, bo był tak szczęśliwy". Jako dziecko był nazywany "młodym Millą". A starszy Milla cały czas marzył o triumfie reprezentacji w mistrzostwach świata i po latach zarzucał Samuelowi, że ten nie zrobił nic wielkiego dla reprezentacji narodowej. Eto'o odpowiadał mu, że "zdobywa trofea w klubach, a jego kariera nie kończy się na jednym ćwierćfinale."

Pokochał za to Jose Mourinho, z którym współpracował w Interze, a później w Chelsea. Portugalczyka nazywał "kimś więcej niż trenerem", podkreślał, że przemawiają tym samym językiem - "językiem prawdy". To Mourinho przekonał go do przenosin do Mediolanu, mimo że rodzina zachęcała do transferu do mocno zainteresowanego Manchesteru City. To z Mourinho konsultował też przeprowadzkę do ligi rosyjskiej, gdzie stał się najlepiej zarabiającym piłkarzem na świecie.

W jednym z wywiadów Eto'o wspominał, że gdy zaczął dostawać pieniądze za kopanie piłki i co tydzień na jego konto wpadało 130 dolarów, pozytywnie zaskoczony ojciec zapytał go, "czy to w ogóle możliwe, by na futbolu zarabiać tak dobre pieniądze". W Anży Machaczkała za rok gry pobierał 17 milionów funtów...

Eto'o nie trwoni ogromnego majątku. Jest przekonany o tym, że świat gorzej traktuje mieszkańców Afryki i postanowił to zmienić. W 2006 roku stworzył fundację, która wspiera najbiedniejszych i walczy z wykluczeniami. Eto'o sponsoruje sprzęt dla afrykańskich szpitali i wysyła utalentowanych piłkarsko chłopców na treningi do Europy. Walczy z rasizmem, którego sam często bywał ofiarą. Eto'o chce być afrykańskim bohaterem, chce być jak Nelson Mandela, z którym odbył prywatną rozmowę, i którą uważa za jeden z najważniejszych momentów swojego życia.

"Tutaj jest moja ziemia. Tutaj jest moja radość. Tutaj jest moje życie. Jestem częścią tej ziemi. To, jakim jestem piłkarzem, a przede wszystkim człowiekiem, zawdzięczam temu, skąd pochodzę. Swojej ziemi daję całą swoją miłość."

"Wszystko co mam to piłka i Boża pomoc" - piłce sam dał wiele, pomoc przekazuje dalej.

Cafu - z brazylijskich faweli do piłkarskiego raju


cafu brazylia piłka nożna

Według jednej z anegdot, kiedy młody Marcos Evangelista de Morais przychodził na świat w mieście Itaquaquecetuba w czerwcu 1970 roku, personel medyczny szpitala mocno się zirytował. W tym samym czasie reprezentacja Brazylii z przeżywającym drugą młodość Pelém grała na mundialu z Anglią, a jak wiadomo, w Kraju Kawy nie ma nic ważniejszego niż piękna gra. Być może, gdyby pielęgniarki zdawały sobie sprawę, że za chwilę odbiorą poród przyszłego kapitana, dwukrotnego mistrza świata i rekordzisty pod względem występów w reprezentacji, podeszłyby do narodzin z większym entuzjazmem...

Cafu wychowywał się w fawelach Jardim Irene - w miejscu z pozoru słonecznym, które w rzeczywistości skryte było w mroku biedy i przestępczości. Trudne warunki życia i godziny spędzone na boiskach wśród lepianek nauczyły go trzech rzeczy. Pierwszą z nich była nieustępliwość, która w przyszłości pozwoli mu nieustannie ganiać wzdłuż bocznej linii boiska. Druga to technika, której popis da w 2000 roku w meczu derbowym AS Roma - Lazio, kilkukrotnie podbijając piłkę nad bezradnym Nedvedem. Trzecia lekcja, być może najważniejsza, nauczyła go szacunku do tych, których los nie rozpieszcza i zaowocuje utworzeniem fundacji wspierającej dzieci z brazylijskich nizin społecznych.

Piłkarskie początki legendarnego obrońcy nie należały do najłatwiejszych. Na początku lat 80. został odrzucony przez kilka szkółek lokalnych klubów. Wreszcie dano mu szansę w São Paulo, gdzie zadebiutował w 1989 roku. Dwa lata później był mistrzem kraju. Cztery lata później miał na koncie dwa tytuły Copa Libertadores.

W São Paulo trafił na trenera Telê Santanę - byłego selekcjonera reprezentacji Brazylii, który z kadrą wykręcił rozczarowujące wyniki podczas mistrzostw świata w 1982 i 1986 roku. Natomiast na drodze Cafu, Santana odegrał rolę kluczową. Do tej pory brazylijski zawodnik grał na boku pomocy. Jego przydomek pochodzi przecież od byłego skrzydłowego Cafuringi. Santana przesunął piłkarza na prawą stronę obrony. Cafu przyznał, że początkowo występy w formacji defensywnej nie sprawiały mu radości, lecz z czasem przekonał się do tej pozycji. Warto było się pomęczyć - w 1994 roku Cafu został uznany najlepszym piłkarzem Ameryki Południowej.

Po tym sukcesie obrońca postanowił wykonać kolejny krok w swoim życiu i spróbował swoich sił w piłce europejskiej. W 1995 roku trafił do Realu Saragossa, wygrał Puchar Zdobywców Pucharów... i w tym samym roku powrócił do ojczyzny. Reprezentował barwy Juventude i Palmeiras, lecz wciąż w głębi duszy marzył o podboju Starego Kontynentu.

W 1997 roku usłyszał wycie wilka i przeniósł się nad rzekę Tyber - do Romy czeskiego szkoleniowca Zdenka Zemana. Zeman pragnął grać piłkę piękną, dynamiczną, niezwykle ofensywną - idealną dla Cafu. We Włoszech Brazylijczyk cieszył się futbolem, sprawiał radość sobie i kibicom z podziwem przyglądającym się jego kolejnym rajdom po prawej stronie boiska. W 2001 roku AS Roma sięgnęła po swój trzeci, i do tej pory ostatni, tytuł mistrza kraju. Cafu był bohaterem.

Zwieńczeniem kariery klubowej miał być AC Milan. Wielki AC Milan z początku XXI wieku. Cafu przeniósł się do Mediolanu w 2003 roku i od razu wskoczył do kultowej dziś jedenastki z takimi ikonami futbolu jak Dida, Paolo Maldini, Alessandro Nesta, Andrea Prilo, Kaka czy Andrij Szewczenko. Cafu tworzył pozycję bocznego obrońcy na nowo. Zachwycał wydolnością, skuteczną grą w defensywie i szaleńczymi rajdami w ofensywie. Z wielką odwagą dobiegał do końcowej linii boiska pod bramką przeciwnika i wycofywał do wbiegającego w pole karne kolegi z drużyny. Oprócz perfekcyjnych wrzutek, to był jego znak firmowy. Na Półwyspie Apenińskim nazywano go Pendolino, bo woził rywali tam i z powrotem. Nie miał litości, a mimo tego zawsze przechadzał się uśmiechnięty. Sprawiał wrażenie, jakby nigdy się nie męczył. Sir Alex Ferguson powiedział, że Cafu musi mieć dwa serca. Artysta Pirlo nazywał go "trendsetterem" nowoczesnego prawego obrońcy. Z Milanem zdobył mistrzostwo Włoch, Superpuchar kraju, Superpuchar Europy, Ligę Mistrzów i Klubowe Mistrzostwo Świata. Jednym słowem - wszystko.

Kariera reprezentacyjna to kolejna piękna historia. W żółtej koszulce debiutował w 1990 roku. Cztery lata później był już mistrzem świata. Podczas amerykańskiego mundialu z 1994 roku zagrał w trzech meczach. Za każdym razem wchodził z ławki rezerwowych. W tym najważniejszym spotkaniu, w finale, pojawił się na murawie w 21. minucie, bo kontuzję odniósł Jorginho. Nie czuł wielkiej presji. - "Presję czuli faceci wykonujący jedenastki w konkursie rzutów karnych" - stwierdził w rozmowie z FIFA.

W 1998 roku stanął przed szansą obrony tytułu mistrza świata, jednak w finale Francuzi zdeklasowali Brazylijczyków. Eksperci mówili po meczu, że Francja wcale nie była tak mocna, za to Brazylia beznadziejna. Cafu miał inne zdanie: - "Wiele osób uważa, że graliśmy słabo, ale takie stwierdzenie umniejsza sukces rywali."

Przed swoim trzecim mundialem w 2002 roku przeżył mały kryzys. W jednym z meczów otrzymał czerwoną kartkę. Selekcjoner Luxemburgo się wściekł i odebrał mu opaskę kapitańską. Trener nie wytrwał jednak długo na swoim stanowisku i został zmieniony przez Luisa Felipe Scolariego. Ten kapitanem uczynił Emersona, który złapał kontuzję i nie mógł zagrać na mistrzostwach w Korei i Japonii. Cafu wrócił do łask. Na jego ramieniu znów pojawiła się opaska.

Na azjatyckich boiskach Brazylijczycy nie mieli sobie równych. Dotarli do finału, gdzie przeciwnikiem byli Niemcy. Był to trzeci finał dla Cafu. Historyczny, bo żaden inny piłkarz nie grał w trzech decydujących meczach mundialu z rzędu. W Jokohamie Ronaldo dwukrotnie pokonał Oliviera Kahna i dał piąty tytuł Canarinhos. 

Podczas wznoszenia Pucharu Świata Cafu krzyknął, myśląc o swojej żonie: "Kocham cię, Regina". Unosząc Puchar miał na sobie koszulkę meczową, na której napisał flamastrem "100% Jardim Irene". W najważniejszym momencie swojego życia, będąc na piłkarskim szczycie, oddał hołd ukochanej osobie i ukochanemu miejscu. 

"Wszystko co mam, zawdzięczam fawelom Jardim Irene. [..] Chciałem udowodnić wszystkim, że człowiek pochodzący z tak skromnych okolic, człowiek bez perspektyw, może być wielkim sportowcem i dobrą osobą."

Marcosie Evangelista de Morais, udowodniłeś.