Człowiek, który nauczył świat strzelać wolne


To był wyrok. Oliver Kahn rozpaczliwie dreptał w kierunku nadlatującej piłki, interweniując wpadł jeszcze na słupek, ale koniec końców nie był w stanie zapobiec egzekucji. Wyciągając piłkę z siatki, mógł jedynie z niedowierzaniem kręcić głową. Juninho Pernambucano znowu to zrobił. Po raz kolejny w magiczny sposób zamienił rzut wolny na gola. Co z tego, że bramka oddalona była o 35 metrów, a dostępu do niej strzegł jeden z najlepszych ówcześnie bramkarzy na świecie.
"Jest moją inspiracją"


Powiedzieć, że Juninho słynął z rzutów wolnych, to nie powiedzieć nic. Brazylijski rozgrywający zdefiniował je na nowo. Mówisz wolny - myślisz Juninho. Sprawił, że stały się równie zabójcze co rzuty karne. On wręcz nauczał piłkarski świat, jak uderzać stojącą piłkę. Jednym z jego uczniów był Andrea Pirlo. Cały rozdział w autobiografii włoskiego piłkarza poświęcony jest Brazylijczykowi.

"Ten człowiek robił z piłką nieprawdopodobne rzeczy. Był jak dyrygent, który dyryguje swoją orkiestrą za pomocą batuty trzymanej stopą. [...] Obserwowałem go, kolekcjonowałem nagrania jego strzałów, zbierałem nawet stare fotografie, których był bohaterem. Starałem się podpatrzeć gdzie kopie piłkę, a nie jak to robi. Dlatego kiedy wychodziłem na boisko, by ćwiczyć rzuty wolne, nie mogłem trafić w bramkę."

"Sekret Juninho był moją obsesją. Myślałem o tym codziennie. Olśnienie nadeszło, gdy siedziałem w toalecie. Zrozumiałem, że magicznym rozwiązaniem jest to, w jaki sposób Juninho uderza piłkę, a nie gdzie celuje - tylko trzy palce powinny mieć kontakt z piłką."


Następnego dnia Pirlo wcześniej pojawił się na boisku treningowym. Zastał tam jednego z członków sztabu, który przygotowywał plac do zajęć. Włoch poprosił go o piłkę. Ustawił ją kilkanaście metrów od bramki, wziął rozbieg, uderzył futbolówkę i trafił do pustej bramki. Chwilę później piłka ponownie ugrzęzła w siatce. Sekret został złamany, lecz powtarzalność Brazylijczyka była nie do przebicia.

Przed mundialem w Brazylii Juninho odwiedził ośrodek treningowy reprezentacji Włoch. Spotkał się tam między innymi z Andreą Pirlo. Po wizycie komplementował włoskiego pomocnika - "Pirlo jest demonem. Nie tylko skopiował moją technikę strzału, on ją ulepszył. Gdybym nadal grał, starałbym się stać od niego lepszym, ale musiałby mnie nauczyć swojego sposobu."

Juninho przebył drogę, którą rzadko podążają gwiazdy brazylijskiego futbolu. Zanim trafił na Stary Kontynent zdążył rozegrać ponad 100 meczów w barwach Vasco da Gama. Dwukrotnie wygrał ligę brazylijską, tryumfował też w rozgrywkach Copa Libertadores. Z tamtym okresem wiąże się pewna niesamowita historia. Juninho jednego dnia wystąpił w dwóch meczach rozgrywanych w dwóch różnych państwach. We wrześniu 1999 roku najpierw pojawił się na boisku w spotkaniu przeciwko Argentynie, by kilka godzin później, wraz z kolegami z Vasco da Gamy, lecieć do Urugwaju na konfrontację z Clubem Nacional de Football.

Do Lyonu trafił w wakacje dwutysięcznego roku. Dwa lata później Olympique zdobywa pierwszy w historii tytuł mistrza Francji. Rozpoczyna się kosmiczna era. Juninho prowadzi swoich kolegów do siedmiu z rzędu tryumfów w lidze, Lyon trzykrotnie osiąga ćwierćfinał Ligi Mistrzów. Nikt nie chce grać przeciwko klubowi ze wschodniej Francji, wszyscy boją się maszyny napędzanej m.in. przez brazylijskiego pomocnika. W 2009 roku Juninho opuszcza Lyon i trafia do Kataru. Wraz z jego odejściem kończy się mistrzowska passa Olympique'u. Od 8 lat klub nie jest w stanie nawiązać walki o krajowy tytuł.

W styczniu 2014 roku Juninho Pernambucano zdecydował, że więcej wolnych już nie wykona. Zakończył swoją profesjonalną karierę w dniu swoich 39. urodzin. Na zwołanej z tej okazji konferencji prasowej zalał się łzami. Bramkarze odetchnęli z ulgą - wcześniej to oni płakali z powodu ustawiającego piłkę na trzydziestym metrze Brazylijczyka...

Przemek Gołaszewski

Derby Manchesteru - gość, który nigdy nie przegrał i legenda, która wyprowadziła fanów z równowagi


Na początek podstawowe liczby. Dotychczas rozegrano 173 oficjalne mecze derbowe. Manchester United wygrał 72 spotkania, City 50, a 51 gier zakończyło się remisem. Najwięcej występów w derbowych potyczkach? Ryan Giggs – 36. Najlepszy strzelec w historii derbów? Wayne Rooney – 11 goli.


Czas na odrobinę historii.

1. Pierwszy mecz derbowy rozegrano w 1881 roku. Kluby nie nazywały się wówczas tak jak dziś. Manchester United znany był pod nazwą Newton Heath, a City – St. Mark's. Przodek Manchesteru United wygrał tamto spotkanie 3:0. Gospodarzem meczu byli zawodnicy St. Mark's.

2. Przed II wojną światową kibice w Manchesterze często nie opowiadali się konkretnie za jedną z drużyn. Nie było w tym nic szczególnego, że piłkarscy fani najpierw oglądali występ United, a następnie przenosili się na stadion City.

3. Od początku istnienia obu klubów (Newton Heath liczymy jako Manchester United, a St. Mark's i później Ardwick jako Manchester City) 34 zawodników reprezentowało barwy zarówno Manchesteru City oraz Manchesteru United. Ostatnią transakcją pomiędzy City a United był transfer Owena Hargreavesa w 2011 roku.

4. Ernest Mangnall jest jedynym menedżerem w historii, który prowadził oba kluby z Manchesteru. Słowo „menedżer” jest jednak niezbyt precyzyjne, bowiem w czasach jego pracy funkcję tę nazywano „sekretarzem”. Mangnall był szkoleniowcem United w latach 1903 – 1912. Poprowadził klub do zwycięstwa w Pucharze Anglii (sezon 1908/1909), dwukrotnie wygrał ligę (1907/08 i 1910/11) oraz dwa razy zdobył Tarczę Dobroczynności (1908 oraz 1911). Przygoda z lokalnym rywalem nie była już tak udana, bowiem Mangnall w City nie zdobył żadnego trofeum.

Ernest Mangnall

5. Mangnall dokonał też pierwszego transferu pomiędzy, istniejącymi już pod aktualnymi nazwami, klubami. W roku 1906 ściągnął z City Walijczyka Billy'ego Mereditha. Pozycja, na której grał zawodnik dziś już nie istnieje. W czasach świetności formacji 2-3-5 nazywaną ją „outside forward”. Dziś przyjąć można, że zawodnik zajmujący tę pozycję na boisku, to ktoś w rodzaju dzisiejszego skrzydłowego. 

6. Meredith występował w barwach Czerwonych Diabłów do roku 1921. Wówczas Mangnall, będący już szkoleniowcem Manchesteru City, ściągnął Walijczyka z powrotem. Billy Meredith rozegrał w barwach Manchesteru City 367 meczów i strzelił 129 goli. Natomiast jako zawodnik United wystąpił w 303 spotkaniach i zdobył 35 bramek.

7. W swoim ostatnim w karierze meczu ligowym Denis Law, wówczas zawodnik Manchesteru City, doprowadził fanów United do furii. Była to końcówka sezonu 1973/74. Przez 81. minut na Old Trafford utrzymywał się wynik 0:0. Wówczas, znajdujący się na linii pola bramkowego, Denis Law otrzymał piłkę z prawej strony. Stał plecami do bramki, nie zastanawiał się długo i bez przyjęcia uderzył w stronę bramkarza rywali. Co więcej, strzelał piętką. Piłka minęła bramkarza i zatrzymała się na siatce. Denis Law nie pokazywał radości. Porażka United i rezultaty innych spotkań oznaczały, że Czerwone Diabły spadają z ligi. Kibice zgromadzeni na Old Trafford nie wytrzymali i wtargnęli na boisko. Mecz został przerwany w 85. minucie. Komisja ligi uznała jednak, że wynik 0:1 powinien zostać zachowany. Manchester United w ten pełen emocji sposób pożegnał się z najwyższą klasą rozgrywkową.


8. Peter Schmeichel nigdy nie przegrał w derbach Manchesteru. Duński bramkarz reprezentował barwy obu klubów. Jako piłkarz Manchesteru United dziewięciokrotnie mierzył się z The Citizens. Osiem meczów zakończyło się zwycięstwem Czerwonych Diabłów, jeden remisem. Schmeichel 4 razy zachował czyste konto, a wpuścił 7 goli. Jako piłkarz Manchesteru City Schmeichel zagrał raz, a jego drużyna wygrała wówczas 3:1.



Przemek Gołaszewski

Z eleganckiego balu na popijawę do remizy

  
Miało być wielkie piłkarskie święto, bal dla elit, na który przeciętniacy nie mają wstępu. I jak to w życiu bywa - elegancka impreza została zepsuta przez kilku panów, którzy nie dostosowali się poziomem do reszty towarzystwa.

Zaczęło się według spodziewanego scenariusza. Uczestnicy balu z klasą rozpoczęli swoje święto. Było pięknie, dynamicznie, oderwanie wzroku od ekranu telewizora graniczyło z cudem. Piłkarze obu ekip od pierwszego gwizdka chcieli dać pokaz swoich umiejętności. Nie czekali z popisowym tańcem, postanowili zaprezentować go od razu, na wejście.

Zabawa była przednia, nie było miejsca na nudę. Jednak wraz z upływem kolejnych minut, okazało się, że na sali znajdują się też goście, dla których sfery były za wysokie. Przez kilku panów w żółtych kreacjach bal został obdarty z szat i nagle okazało się, że goście uczestniczą w popijawie na parkiecie lokalnej remizy.

Ten dwumecz miał w sobie ogrom przesłanek, które mogły sprawić, że stanie się niezapomniany. Na ławkach trenerskich mistrz mierzył się ze swoim uczniem. Na murawie gwiazdozbiór z Cristiano Ronaldo i Robertem Lewandowskim na czele. Wielu mówiło nawet, że jest to pojedynek mogący wpłynąć na wynik plebiscytu o Złotą Piłkę. Były emocje, były gole, rzuty karne i czerwone kartki. I zgadza się, ten dwumecz nie zostanie zapomniany. Co więcej, dzięki postawie Viktora Kassaiego i jego asystentów może okazać się, że starcie Realu z Bayernem mocno przyłoży się do wielkiej futbolowej reformy - wprowadzenia powtórek wideo dla arbitrów.

Piłkarskie święto, jak sama nazwa wskazuje, powinno posiadać pewien sakralny pierwiastek. Tymczasem, gdy jak na dłoni widać, że jego celebransami nie są istoty na wpół boskie, a słabi, mylący się ludzie, z przeżywania takiego wydarzenia nie można czerpać żadnej duchowej radości. Kibice Bayernu są wścielki, podejrzewam, że fani Realu też czują pewien niesmak. Widzowie bezstronni rozkładają ręce, kręcą głową z niedowierzaniem i klną pod nosem. Na tym poziomie ta piękna gra nie ma prawa wyglądać tak żałośnie. Nikt nie wyraża zgody, by w ten sposób odbierać jej godność.

Dżentelmen z gwizdkiem w ręku uznał bramkę z metrowego spalonego. Z metrowego spalonego w ćwierćfinale Ligi Mistrzów! A przecież można mieć też wątpliwości co do gola na 3:2, ofsajdu przy sytuacji, po której samobója strzelił Ramos i drugiej żółtej kartki dla Arturo Vidala. Casemiro również mógł, a może i powinien, stać się czerwony. Tego meczu nie przegrał Bayern. Porażkę poniósł futbol.
Często powtarzany jest slogan, że piłka to gra błędów. Ten dwumecz doskonale to pokazał. Są jednak pomyłki, dzięki którym futbol smakuje lepiej. Sprawiają ból jednej stronie i choć jest on równie dotlkiwy, łatwiej się nam z nim pogodzić. Niestety jest też druga kategoria błędów grzechy śmiertelne, skazujące na potępienie, bo dotykają całe piłkarskie środowisko.

Nie da się stwierdzić, czy podopieczni Ancelottiego dotrwaliby do dogrywki, a tam wygrali w serii jedenastek. Być może, gdyby nie pomylił się sędzia, błąd popełniłby szalenie poobijany Hummels, co zakończyłoby się golem dla Realu. Albo Boateng w głupi sposób straciłby piłkę, otwierając tym samym drogę do bramki Neuera. Wówczas cierpieliby fani Bayernu. Ból byłby dokuczliwy, ale też w pełni akceptowalny. Po decyzjach sędziego Kassaiego cierpi całe piłkarskie środowisko. Ten rodzaj bólu jest nie do zaakceptowania, nie załagodzi go również czas. Nawet jeśli, to zaraz równie straszliwie pomyli się ktoś inny i wynik kolejnego meczu zostanie wypaczony. Futbol przyjmie kolejny cios, a cierpienie wróci.

Arturo Vidal grał doskonały pierwszy mecz. Rządził i dzielił w środku pola, strzelił gola otwierającego wynik spotkania. Był niemal bezbłędny. Niemal, bo zmarnował karnego. Jedna zła decyzja, chwila zawahania, jeden nieodpowiedni ruch nogą i pojawia się rysa nieusuwalna. Rewanż dopełnia dzieła. Głupia, ale przede wszystkim w tamtej sytuacji niezasłużona, druga żółta kartka i osłabienie drużyny w krytycznym momencie. Vidal cały czas grał na pograniczu faulu, spóźniał się i ryzykował. Mógł być ukarany wcześniej. Człowiek, który napoczął dwumecz, stał się jednym z antybohaterów. Jednak Chilijczyk nie zbierze batów, to nie o nim będzie mówiło się jeszcze długo. O ironio, może być za to wdzięczny arbitrom spotkania. On popełnił błąd, oni dopuścili się zbrodni.

A przecież błędów mogło być jeszcze więcej. Carlo Ancelotti ściągnął w końcówce meczu Roberta Lewandowskiego. W dogrywce Polak w dowolnej chwili mógł rozstrzygnąć to starcie. Przecież nawet kiedy nie oddawał strzałów, tworzył takie zamieszanie, że Ramos wpakował piłkę do własnej bramki. Co działoby się po meczu, gdyby Bayern wytrzymał do rzutów karnych i odpadł? Kozłem ofiarnym stałby się Ancelotti. To przez niego egzekutor jedenastek oglądałby je z ławki. Jedna niefortunna myśl, nietrafiona decyzja i błąd, który mógł zadać ból, ale równocześnie byłby w pełni uzasadniony. I piękny, bo takie potknięcia tworzą tę grę. Pomyłki sędziów natomiast nie do zniesienia. Za bardzo bolą i uderzają w zbyt wiele osób.


Przemek Gołaszewski

Ludovic Giuly - Skrzydłowy, który uniósł Monaco i Barcelonę


Był szybki i nieprzewidywalny. Doskonale trzymał się na nogach. Mijał przeciwników jak tyczki, nieważne czy akurat prowadził piłkę przy nodze, czy wbiegał w pole karne, by zakończyć strzałem podanie od kolegi. Starał się grać tak, jak jego idol z dzieciństwa – Diego Maradona. Mimo że mierzył 164 centymetry wzrostu, był piłkarzem wielkim. Można wręcz odnieść wrażenie, że jego gra była przystawką przed nadejściem samego Leo Messiego.

Ludovic rozpoczął swoją przygodę z futbolem od małej drużyny Monts d'Or Azergues Foot, w której po zakończeniu profesjonalnej kariery grał też jego ojciec – Dominique – były bramkarz Bastii. W wieku 18 lat Giuly trafia do Lyonu i debiutuje w rozgrywkach Ligue 1. Cztery lata później opuszcza klub i przenosi się do AS Monaco za, pokaźną w tamtych czasach, kwotę 7,5 miliona euro. W ten sposób Giuly stawia krok, który lada moment okaże się być początkiem jego wędrówki po trofea.

Wszystko zaczyna się perfekcyjnie. Francuski skrzydłowy z dnia na dzień staje się kluczową postacią drużyny i w sezonie 1999/2000 prowadzi klub z Księstwa do mistrzostwa kraju. Niestety, zaraz po tym sukcesie zostaje sprowadzony na ziemię. Kolejne sezony są dla Monaco tragiczne. Klub dwukrotnie kończy rozgrywki ligowe w drugiej dziesiątce, a sam Giuly w 2001 roku łapie poważną kontuzję kolana, pozbawiającą go szans na udział w azjatyckim mundialu.

Jednak „magiczny elf”, jak nazywano go w Lyonie, tak łatwo się nie poddał. W sezonie 2003/2004, wraz z Jeromem Rothenem, Fernando Morientesem i Dado Prso tworzy ofensywę marzeń, przed którą drży Francja i pokłony składa cała Europa. Monaco kończy rozgrywki ligowe na trzecim miejscu, Giuly z trzynastoma golami na koncie jest najlepszym strzelcem drużyny.

Ukoronowaniem ma być jednak zwycięstwo w Lidze Mistrzów, przez którą podopieczni Didiera Deschampsa idą jak burza. Wygrywają grupę, w następnych fazach eliminują Lokomotiv Moskwa, Real Madryt i Chelsea. Sam Giuly z czterema golami i czterema asystami znacznie przykłada się do awansu do finału, gdzie na piłkarzy z Księstwa czekał Jose Mourinho i jego legendarne już Porto. 


Na decydujący mecz Ludovic Giuly wyprowadza swoich kolegów w roli kapitana. Po 23 minutach upada. Uraz pachwiny. Francuz opuszcza boisko. Kontuzja odebrała mu już szansę na występ na mundialu, teraz zabiera mu ponad godzinę finałowego starcia Ligi Mistrzów i, jak okaże się później, wyklucza go z udziału w Euro 2004. Monaco bez Giuly'ego nie daje rady doskonałemu Porto. Portugalczycy wygrywają 3:0 i zgarniają puchar.

Latem zgłasza się po niego FC Barcelona, z którą Francuz podpisuje trzyletni kontrakt. Pierwszy dzień w nowym klubie nie wiąże się z dobrymi wspomnieniami. „Przybyłem do Barcelony i, by wyglądać elegancko, kupiłem biały garnitur. Tymczasem, wszyscy dziwnie się na mnie patrzyli. Kompletnie zapomniałem, że są to barwy Realu Madryt! Dzień później wyrzuciłem ubranie do kosza" - mówił po latach.

W Katalonii staje się częścią drużyny, dzięki której miliony dzieciaków zakochują się w futbolu. Ronaldinho zachwyca na lewym skrzydle, Giuly trzęsie prawą stroną boiska, a między nimi dzieli i rządzi Samuel Eto'o. W bordowo – granatowej koszulce Francuz dwukrotnie zdobywa tytuł mistrza kraju, zwycięża w Superpucharze Hiszpanii. W końcu sięga też po puchar, którego tak blisko był w Monaco.

W półfinale rozgrywek Ligi Mistrzów w sezonie 2005/06 strzela jedyną bramkę dwumeczu z Milanem. W swoim stylu, znienacka wybiega zza pleców obrońców do piłki zagranej przez Ronaldinho i potężnym strzałem pokonuje Didę. W finale przeciwko Arsenalowi zostaje sfaulowany przez Jensa Lehmanna, za co Niemiec otrzymuje czerwoną kartkę. Mimo tego, Barca przez długi czas nie potrafi znaleźć sposobu na Anglików. Nadchodzi 76. minuta i Eto'o wyrównuje. Cztery minuty później Juliano Belletti dobija Arsenal. Giuly wkracza do piłkarskiego raju.

W Barcelonie Francuz poznaje Leo Messiego. Szesnastoletni Argentyńczyk trenuje z pierwszą drużyną, a Giuly podsumowuje go w ten sposób: „Messi miał tylko 16 lat, a niszczył nas na treningach. Wszyscy kopali go jak się da, by nie ośmieszało ich dziecko. To było niewiarygodne, potrafił przedryblować czterech rywali, a następnie strzelić gola.”

Po odejściu z Barcelony reprezentował jeszcze barwy Romy, PSG i Lorient. Wrócił także do prowadzonego przez Claudio Ranieriego Monaco, jednak po jednym sezonie opuścił klub za porozumieniem stron.

Ostatni rozdział tej piłkarskiej historii jest niezwykle wymowny. Po zakończeniu profesjonalnej kariery, tak samo jak ojciec, wrócił do klubu Monts d'Or Azergues Foot. W 2014 roku w Pucharze Francji los skrzyżował jego drużynę z AS Monaco. Co więcej, mecz rozegrano na Stade Ludovic Giuly, bowiem władze Monts d'Or Azergues Foot taką nazwę nadały malutkiemu obiektowi w 2013 roku.

Senegalski taniec szczęścia


31 maja 2002 roku, Seul World Cup Stadium

Piłkarze reprezentacji Senegalu celebrują pierwszą bramkę w historii kraju zdobytą na turnieju Mistrzostw Świata.

 

Senegalczycy jechali na japońsko – koreański mundial jako wicemistrzowie Afryki, jednak nikt nie oczekiwał od podopiecznych Bruna Metsu cudów w debiucie na taki ważnej imprezie. Zwłaszcza, że piłkarze z Czarnego Lądu trafili do wymagającej grupy z Urugwajem, silną Danią i przede wszystkim z broniącą tytułu mistrzowskiego Francją.

Mecz przeciwko reprezentacji Francji był wyjątkowy z kilku powodów. Po pierwsze było to spotkanie otwierające turniej, bowiem w tamtym czasie prestiż rozegrania pierwszego meczu mundialu przypadał aktualnemu mistrzowi globu. Atmosferę podgrzewał fakt, że Senegal to dawna francuska kolonia, która jako niepodległe państwo funkcjonuje od 1960 roku. Zawodnicy z Afryki chcieli też utrzeć nosa swoim klubowym kolegom, bowiem aż 21 piłkarzy z 23-osobowego składy występowało na co dzień w lidze francuskiej.

Historyczny gol został strzelony w 30 minucie spotkania. Błąd jednego z zawodników Trójkolorowych spowodował stratę piłki w okolicach środka boiska. Jednym błyskawicznym podaniem futbolówka została przeniesiona na lewą stronę boiska, gdzie dopadł do niej El Hadji Diouf. Wypuszczając piłkę, zgubił interweniującego wślizgiem obrońcę i natychmiast zagrał ją na piąty metr pola karnego, gdzie z impetem wbiegał Papa Bouba Diop (nr 19 na zdjęciu). Ofensywnemu pomocnikowi starał się jeszcze przeszkodzić rozpaczliwie interweniujący Emmanuel Petit. Dzięki rykoszetowi pierwsze uderzenie Diopa zostało wybronione przez Fabiena Bartheza, jednak francuski golkiper nie miał już szans przy dobitce Senegalczyka.

Strzelec bramki pomknął w kierunku narożnika boiska, zapraszającym gestem przywołał kolegów, ściągnął koszulkę, rozłożył ją przy chorągiewce i rozpoczął taniec radości, do którego natychmiast przyłączyli się inni reprezentanci Senegalu.

Mistrzowie świata ruszyli do ataku, jednak świetny mecz rozgrywał senegalski bramkarz – Tony Sylva. Francuzi nie byli w stanie go pokonać, Thierry Henry oraz David Trezeguet obijali słupki i poprzeczkę, a bezradnym kamratom z ławki rezerwowych przyglądał się kontuzjowany Zinedine Zidane. Mecz zakończył się zwycięstwem Senegalu 1:0. Jak okazało się później, przegrany mecz otwarcia był dla Trójkolorowych preludium do haniebnego występu na azjatyckim mundialu. Obrońcy tytułu nie wygrali żadnego meczu, ba, nie strzelili nawet ani jednego gola. W drugiej grupowej potyczce zremisowali 0:0 z Urugwajem, a następnie zostali ograni przez Duńczyków 0:2 i z hukiem wylecieli z turnieju, zajmując ostatnie miejsce w grupie.

Tymczasem, rozochocony historycznym wynikiem Senegal rozpoczął swoją wędrówkę do najlepszej „ósemki” mistrzostw. W pozostałych meczach grupowych Lwy Terangi ugrały dwa remisy – z Danią 1:1 i z Urugwajem 3:3. W 1/8 finału zawodnicy Bruna Metsu trafili na reprezentację Szwecji, sensacyjnego zwycięzcę grupy F (w której znaleźli się też Anglicy, Argentyńczycy i Nigeryjczycy). W regulaminowym czasie mecz zakończył się wynikiem 1:1, jednak w 107 minucie Złotego Gola strzelił Henri Camara.

W ćwierćfinale Senegalczycy stoczyli zacięty bój z inną rewelacją turnieju – reprezentacją Turcji. Również na tym etapie o zwycięstwie zdecydował Złoty Gol, jednak tym razem sprowadził on na Senegalczyków deszcz łez. W 97 minucie Inhan Mansiz zakończył piękny sen biednego, afrykańskiego kraju, przedłużając tym samym inną cudowną historię. Senegal jako druga drużyna z Czarnego Lądu dotarł do ćwierćfinału mundialu (wcześniej Kamerun osiągnął tę fazę w roku 1990), a Turcy wkroczyli na kolejny stopień schodów prowadzących ich do piłkarskiego raju, którym okazał się być tytuł trzeciej drużyny globu.

Xabi Alonso - dżentelmen, który nie boi się pobrudzić


Piłkarz, który w swojej grze od lat łączy etos wojownika i dżentelmena. Mistrz podań. Nieustępliwy walczak. Oaza spokoju. Człowiek, który wygrał wszystko, co było do wygrania, a zarazem skromny facet, który najlepiej czuje się przy swojej rodzinie. Dla bliskich jest w stanie zrobić wszystko. Gdy jego oczekująca narodzin dziecka żona znalazła się w szpitalu, Liverpool przygotowywał się do meczu z Interem w ramach Ligi Mistrzów. Xabi Alonso postawił sprawę jasno – nie zagram, chcę być u boku swojej żony.

Czasem mówi się, że ktoś skazany jest na futbol. Xabi Alonso jest tego najlepszym przykładem. Jego ojciec, Miguel Angelo Alonso, trzykrotnie zostawał mistrzem kraju – dwa razy w barwach Realu Sociedad, raz w koszulce Dumy Katalonii. Na hiszpańskich boiskach wystąpił łącznie w 271 meczach, strzelił 41 goli. W reprezentacji narodowej rozegrał 20 spotkań i zdobył jedną bramkę – 18 października 1981 roku, w Łodzi, w wygranym przez Hiszpanów 3:2 towarzyskim meczu z reprezentacją Polski. Był, a jakże, środkowym pomocnikiem.


Młody Xabi Alonso dorastał i uczył się futbolu wraz z Mikelem Artetą, który był jego sąsiadem, a także najlepszym kumplem z lokalnej drużyny Antiguoko. Chłopcy marzyli o tym, by wspólnie stanowić o sile Realu Sociedad. Tymczasem, ich drogi się rozeszły. Alonso ostatecznie trafił do wspomnianego Realu Sociedad, natomiast Arteta wylądował w Barcelonie. Los jednak chciał, by obaj panowie ponownie na siebie trafili. Gdy Alonso był już zawodnikiem Liverpoolu, Mikel otrzymał ofertę z Evertonu. Przyjął ją, a do transferu zachęcał go sam Xabi. W ten sposób dwaj przyjaciele znów zamieszkali w jednym mieście, co więcej, po raz kolejny stali się sąsiadami, reprezentując przy okazji barwy wrogich klubów...



"Cichy człowiek i uroczy gość. Nie muszę mówić, jakim jest zawodnikiem. Wszyscy doskonale to wiedzą" - Pepe Reina
 
Alonso już w młodym wieku odznaczał się niesamowitą charyzmą. W wieku 19 lat został kapitanem Realu Sociedad. Ówczesny menedżer Biało – Niebieskich, John Toshack, przyznał, że nigdy wcześniej nie widział tak młodego piłkarza, który miałby tak wielki wpływ na resztę drużyny.

W 2004 roku Alonso trafia do Liverpoolu. W tym samym czasie pojawiła się też oferta z Realu Madryt, którą włodarze Realu Sociedad natychmiast odrzucili. W swoim pierwszym sezonie na Anfield Alonso rozgrywa mecz, którego już nigdy nie zapomni – finał Ligi Mistrzów w Stambule. W 60. minucie historycznego spotkania strzela wyrównującą bramkę, kilkadziesiąt minut później wznosi puchar Champions League w górę. 


Alonso nie strzela zwykłych goli. Jego pierwsza bramka w barwach Liverpoolu padła po bezpośrednim uderzeniu z rzutu wolnego. The Reds grali wówczas z Fulham i do przerwy przegrywali 0:2. W drugiej połowie na boisku pojawił się Alonso, a mecz zakończył się zwycięstwem Liverpoolu 4:2. 7 stycznia 2006 roku w meczu trzeciej rundy Pucharu Anglii przeciwko Luton po raz pierwszy strzela gola z własnej połowy. Pewien szczęśliwy Brytyjczyk obstawił wówczas u bukmachera takie wydarzenie i wzbogacił się o 25 tysięcy funtów. Dziewięć miesięcy później Alonso powtarza swój wyczyn. Bramka Newcastle znajdowała się 60 metrów od Hiszpana. Ten podniósł głowę, chwilę się wstrzymał i uderzył, a piłka wylądowała w siatce.

"Jestem pewien, że po zawieszeniu butów na kołku zostanie świetnym menedżerem." - Jose Mourinho

Jego odejście z Liverpoolu w 2009 roku wstrząsnęło szatnią The Reds. Jamie Carragher przyznał, że gdy dowiedział się o transferze Hiszpana, był zdruzgotany. Steven Gerrard, z którym Alonso stworzył duet marzeń, stwierdził po latach, że był wściekły na Beniteza za to, że ten sprzedał takiego zawodnika. Gerrard nie miał wątpliwości - „Był najlepszym pomocnikiem, z którymkolwiek grałem.” Sam Alonso nigdy nie zapomniał o czasie spędzonym na Anfield. W wywiadzie udzielonym w 2011 roku powiedział krótko - „Wciąż jestem kibicem Liverpoolu i pozostanę nim na zawsze.” Hiszpan obiecał także, że swojego syna wychowa na wiernego fana The Reds.

W Realu Madryt Alonso zdobywa sześć trofeów – dwa Puchary Króla, mistrzostwo kraju, Superpuchar Hiszpanii oraz Puchar Ligi Mistrzów i Superpuchar Europy. Finał Champions League z 2014 roku oglądał z trybun. Pauzował za żółtą kartkę, którą zobaczył w półfinale za faul na Schweinsteigerze. Gdy w finałowym spotkaniu przeciwko Atletico, Gareth Bale strzelił gola na 2:1, Alonso nie wytrzymał – zeskoczył z trybuny i szybko pobiegł cieszyć się razem z kolegami. 


"Gdybym kiedykolwiek został menedżerem Liverpoolu, Xabi Alonso zostałby moim asystentem." - Steven Gerrard 

Gdy latem 2014 roku Alonso przenosił się do Bayernu Monachium, pojawiły się głosy wątpiące w zasadność transferu. Pep Guardiola nie miał jednak wątpliwości - „Gdybym kupował go, by gonił za rywalami, powinienem był o nim zapomnieć. W tej roli byłby najgorszym piłkarzem na świecie. Sprowadziliśmy go, by zdominować rywali. I Bayern z Hiszpanem w składzie rywali dominował. Dwa mistrzostwa Niemiec, krajowy puchar i Superpuchar Niemiec – te trofea Alonso już zdobył. Za kilka miesięcy może dołożyć kolejne puchary. Już ostatnie w swojej karierze.

Pięknym zwieńczeniem jego bogatej przygody byłoby trzecie zwycięstwo w rozgrywkach Ligi Mistrzów. Trzecie w barwach trzech różnych klubów. Do tej pory tej sztuki dokonał jedynie Clarence Seedorf. Kiedyś los doprowadził do ponownego spotkania Alonso i Artety w Liverpoolu, być może w tym roku powiedzie hiszpańskiego pomocnika do kolejnego bliskiego spotkania – tym razem z Pucharem Europy. Zwycięstwa Xabiego w najważniejszych piłkarskich rozgrywkach wiążą się bowiem z osobą Ancelottiego. Hiszpański pomocnik w 2005 roku wznosił trofeum po zwycięstwie nad drużyną prowadzoną przez Włocha. Dziewięć lat później to włoski szkoleniowiec triumfował – z Realem Madryt, w którym grał Alonso. Dziś obaj panowie ponownie pracują razem i przyświeca im jeden cel – 3 czerwca w Cardiff po raz kolejny chcą posmakować piłkarskiego nieba.


Na koniec jeszcze jedna wyliczanka. 114 meczów w reprezentacji narodowej. Mistrz Europy z roku 2008 i 2012. Mistrz świata z roku 2010. Piłkarz roku 2003 w Hiszpanii. Najlepszy pomocnik La Ligi w 2012 roku. Członek XI Roku 2011 i 2012 według FIFA. Piłkarz wybrany do najlepszej „jedenastki” Euro 2012. Członek Drużyny Sezonu 2013-14 UEFA Champions League. Wirtuoz środka pola. Wojownik, a zarazem dżentelmen, który nigdy nie zobaczył bezpośredniej czerwonej kartki. Legenda, która z końcem obecnego sezonu, żegna się z piłką. Z, jak sam przyznał, piękną grą, którą żył i którą kochał.

Lilian Thuram - legenda z ulicy

Był panem swoich nerwów. Nigdy się nie wahał – nawet wtedy, gdy bezpardonowo atakował wślizgiem we własnym polu karnym. W piłkę nożną grał nie tylko nogami, głową, ciałem. Grał sercem. Grał całą swoją duszą.

Bezustannej walki nauczyło go życie. Urodzony na Gwadelupie Thuram wychowywał się bez ojca, który szybko porzucił rodzinę. Jego mama, Mariana, z powodu poważnych problemów finansowych, zmuszona była opuścić swoje ukochane dziecko i przenieść się do Francji, gdzie rozpoczęła pracę. Thuram znalazł się wtedy pod opieką krewnych, jednak w wieku 9 lat został ściągnięty przez mamę na Stary Kontynent.

„Świetny gość. Mógłbyś pójść z nim na niejedną bitwę” - Fabien Barthez

Piłkę nożną poznawał na ulicach jednej z najniebezpieczniejszych dzielnic Paryża – Fontainebleau. Wszechobecne narkotyki, rabunki i bijatyki nie ułatwiały mu startu w dorosłe życie. Thuram jednak nie przepadł w kotle przestępstw, koncentrował się wyłącznie na futbolu. Wiedział, że piłka jest szansą na lepsze życie. Nie tylko dla niego samego, ale też dla mamy, która tak wiele poświęciła, by dobrze wychować syna. 

W wieku 19 lat Thuram trafił do Monaco. Pięć lat później przeniósł się do Włoch i wzmocnił prowadzoną wtedy przez Carlo Ancelottiego Parmę. Poznaje tam Gianluigiego Buffona i Fabio Cannavaro, z którymi już niebawem spotka się ponownie, tym razem w Juventusie. Przygoda z Parmą skończyła się w roku 2001. W ciągu pięciu lat spędzonych w klubie dwukrotnie zdobył Puchar Włoch, a także wznosił trofea za krajowy Superpuchar i Puchar UEFA.

„Za każdym razem, gdy przeciwnik wbiegał w strefę należącą do Thurama, widzieliśmy jak bardzo jest wystraszony tym, że Thuram jest tak blisko.” - Emmanuel Petit 

Następnym przystankiem okazał się być wielki Juventus, który płaci za Thurama rekordowe 41 milionów euro. W barwach Juventusu rozegrał 144 mecze. Razem z Zambrottą, Fabio Cannavaro, Jonathanem Zebiną i Buffonem, który równocześnie z Thuramem trafił do Turynu, stworzył jedną z najlepszych linii defensywnych w XXI wieku. W biało – czarnej koszulce Francuz dwukrotnie sięgał po tytuł mistrza kraju, dwa razy wygrał też Superpuchar Włoch. Najważniejszego trofeum w piłce klubowej nie udało mu się jednak zdobyć. W finale rozgrywek Ligi Mistrzów w roku 2003 Juventus uległ po serii rzutów karnych drugiej wielkiej, włoskiej drużynie – Milanowi.


W 2006 roku włoską piłką wstrząsa słynna afera Calciopoli. Juventusowi zostały wówczas odebrane dwa tytuły mistrzowskie zdobyte w latach 2005 i 2006, a klub z hukiem został wyrzucony z najwyższej klasy rozgrywkowej. Wielu graczy Starej Damy postanowiło opuścić Turyn. Jednym z uczestników exodusu był Thuram. Francuz z Italii przeniósł się do równie słonecznej Hiszpanii. Latem 2006 roku został zawodnikiem FC Barcelony.

„W swojej grze elegancję łączył z profesjonalizmem.” - Marcel Desailly 

O ile półka gromadząca w domu Thurama nagrody za osiągnięcia w piłce klubowej nie jest pełna, to ta z pamiątkami za sukcesy reprezentacyjne ledwie się trzyma. Francuski obrońca jest mistrzem Europy z 2000 roku oraz mistrzem świata z 1998 roku. Thuram rozegrał w koszulce z Kogutem na piersi 142 mecze – więcej niż jakikolwiek inny reprezentant Trójkolorowych. Strzelił w nich dwa gole – oba w półfinale Mundialu 1998 przeciwko Chorwacji. Francja zwyciężyła wówczas 2:1. 

Trudne dzieciństwo, dorastanie na ulicy i wszechobecna patologia mocno wpłynęły na dorosłe życie oraz postępowanie Thurama. Przed mistrzostwami globu w 1998 roku francuski polityk, Jean-Marie Le Pen, stwierdził, że reprezentacja jego kraju nie powinna składać się z tak wielu ciemnoskórych graczy. Thuram stanął wtedy w obronie kolegów o odmiennej karnacji. Później odpowiedział po raz drugi – strzelając dwa gole Chorwatom. W 2005 roku we Francji wybuchły zamieszki z udziałem ludzi pochodzenia imigracyjnego. Pełniący wówczas urząd ministra spraw wewnętrznych, Nicolas Sarkozy nazwał awanturujących się „szumowinami”. Thuram odpowiedział krótko - „Jeśli oni są szumowinami, ja jestem jedną z nich.”

Dziś były francuski defensor chętnie uczestniczy w marszach propagujących równouprawnienie osób o odmiennej orientacji seksualnej. Thuram jest też zwolennikiem adopcji dzieci przez pary homoseksualne. Równie aktywnie Lilian walczy z rasizmem. W tym celu powołał fundację sygnowaną własnym nazwiskiem, która pomaga osobom, głównie dzieciom, wykluczonym z powodu swojego pochodzenia.