Zhańbieni - Analiza taktyczna


W pomeczowym wywiadzie Robert Lewandowski przyznał, że Polacy grali tak, jak życzyli sobie tego Duńczycy - długą piłką, bez konkretnego pomysłu, nerwowo i nieskutecznie. W tej opinii wtórował mu także Kamil Grosicki i chyba wszyscy świadkowie wczorajszej kompromitacji. Postanowiłem przebrnąć przez mecz jeszcze raz i znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego wyglądało to tak, a nie inaczej.

Dużo mówiło się przed meczem o tym, że kluczem do osiągnięcia korzystnego rezultatu będzie zdominowanie środka pola. I dokładnie tak się stało. Duńska druga linia z Eriksenem, Delaneyem i Kvistem zjadła nasze trio Zieliński - Mączyński - Linetty. Ważną rolę odegrali w tym także skrzydłowi naszych rywali. Pione Sisto i Andreas Cornelius schodzili do środka pola, zagęszczali przestrzeń i skutecznie wywierali presję na naszych rozgrywających.



Na powyższym zdjęciu doskonale widać ten schemat. Dwóch środkowych pomocników biegnie ramię w ramię z prowadzącym piłkę Zielińskim. Trzeci zawodnik (Kvist, biegnący obok sędziego) asekuruje tę dwójkę kilka metrów za nimi i tylko czeka, by odwrócić się i zaatakować polskiego piłkarza, gdyby ten zdołał przedrzeć się przez pierwsze zasieki. Dwaj skrzydłowi schodzą do środka. O ile rola Sisto nie jest tu najważniejsza, to ustawienie Corneliusa ma duże znaczenie. Gdyby Zieliński podał piłkę do biegnącego obok niego drugiego z naszych zawodników, Cornelius mógłby przyśpieszyć i zaatakować od tyłu. W okolicach półkola środka boiska znajduje się czterech Duńczyków. Naszych piłkarzy jest dwóch, a do pomocy schodzi jeszcze Robert Lewandowski, który we wczorajszym meczu często cofał się po piłkę, ponieważ widział, jak duże problemy sprawia nam jej rozegranie. Piotr Zieliński popełniał dużo błędów technicznych, notował straty, podawał niecelnie lub za mocno. Przede wszystkim był też mało widoczny, przez co Polacy mieli problem ze stwarzaniem jakiegokolwiek zagrożenia pod bramką rywali. Duńczycy zdawali sobie sprawę z tego, jak bardzo niebezpiecznym zawodnikiem jest gracz Napoli, dlatego atakowali go siłą dwóch, a czasem nawet trzech graczy.



Kvist, Delaney, Eriksen - cała trójka wywiera presję na Zielińskiego, który ma praktycznie jedną możliwość - podać piłkę do ściśle krytego Lewandowskiego. Nikt z dwójki Linetty - Mączyński nie pokazuje się do gry. Brak ruchu w drugiej linii był wczoraj aż nadto widoczny. Między innymi dlatego nie potrafiliśmy wymienić kilku składnych podań i szukaliśmy długich piłek na Lewandowskiego. Z góry zresztą skazanych na niepowodzenie, ponieważ nawet jeśli Robert wygrał pojedynek główkowy, to żaden z naszych zawodników nie podchodził wyżej, by przechwycić zgraną piłkę.



Wszelkie próby wyprowadzenia składnej akcji spod naszej bramki spisane były na straty. Zawodnik z piłką (niebieski okrąg) nie ma ŻADNEJ sensownej opcji do podania. Dwóch Polaków zaznaczonych na czerwono dubluje swoje pozycje, nie podejmują żadnej inicjatywy, by wyjść na pozycję i dać koledze możliwość do zagrania. Wycofanie piłki także jest niemożliwe, ponieważ na jej drodze stoi trzech piłkarzy w czerwonych koszulkach. Biegnący środkiem Kamil Grosicki również jest odcięty od podania. W zaznaczonej na żółto strefie brakuje polskiego zawodnika. Lewandowski nie może cofać się tak głęboko, w zaznaczonym obszarze zdecydowanie brakuje Piotra Zielińskiego.

Najważniejszym elementem gry Duńczyków, który sprawił, że graliśmy tak, jak graliśmy, a więc z pominięciem środkowej strefy boiska, było wysokie podejście naszych rywali, podczas próby wyprowadzenia przez Polaków akcji spod własnej bramki.



Dwie linie duńskich graczy stoją przed naszymi zawodnikami. Pazdan i Glik nie są w stanie sensownie rozegrać piłki, ponieważ nasi rywale kompletnie wyłączają z gry pozostałych Polaków. Zatrważająca jest bierność Mączyńskiego i Linettego, którzy przyglądają się bezradności stoperów. Przypomnijmy sobie najlepsze mecze kadry pod wodzą Nawałki. Grzegorz Krychowiak schodził zawsze do pary środkowych obrońców i stwarzał tym samym opcję do rozegrania piłki. Wczoraj nasz duet środkowych pomocników bardzo często ustawiony był w jednej linii i nie wykazywał chęci do otrzymania futbolówki. Gra była statyczna i przewidywalna. Duńczycy samym ustawieniem potrafili zneutralizować naszych zawodników i zmusić ich do prób dalekich zagrań na osamotnionego Roberta Lewandowskiego.







Taka sama sytuacja powtarzała się przez cały mecz. Mączyński i Linetty chowają się za Duńczykami. Zawodnik z piłką ma praktycznie zerowe możliwości rozegrania. Musi grać do najbliższego partnera (który i tak jest pilnowany) lub decydować się na bezmyślne kopnięcie do przodu. Ostatnie zdjęcie jest najbardziej dołujące. Na zegarze mija właśnie 70. minuta, Polacy przegrywają 0:3, a aż czterech Duńczyków stoi pod naszym polem karnym i blokuje jakikolwiek obiecujący pomysł na wyjście z atakiem. 

Oprócz mądrego ustawienia, nasi rywale podejmowali nieustanne próby agresywnego pressingu, szczególnie w bocznych sektorach boiska, co daje większe szanse na powodzenie, bowiem zawodnik z piłką ma jedynie trzy kierunki do gry.





Proste, a jak skuteczne. Dwóch zawodników wystarczy, by zmusić rywala do błędu i oddania piłki. Duńczycy nie byli nie do pokonania. Co więcej, nie grali piłki finezyjnej, po której trzeba byłoby zbierać szczękę z podłogi. Potrafili natomiast wywrzeć presję i wykazywali zaangażowanie. Nam tego brakowało.



Polacy naciskali rywala w ten sposób. Zawodnik w czerwonej koszulce może swobodnie przyjąć trudną piłkę, stojąc 20 metrów od naszej bramki. Piłkarze Nawałki w tym czasie spokojnie sobie truchtają i patrzą, jak Duńczyk opanowuje futbolówkę. Do ataku niezdecydowanie podchodzi tylko Kamil Glik. Jakub Błaszczykowski bez pośpiechu podąża, by pomóc koledze. Dwaj środkowi pomocnicy, zaznaczeni na niebiesko, nie kwapią się zbytnio by zbliżyć się do rywala i zagęścić obszar boiska.



I czas na nasze wyjście do pressingu. Na zegarze 58. minuta, Duńczycy wygrywają 2:0. Pamiętacie presję jaką rywale wywierali na naszych piłkarzy w 70. minucie, prowadząc 3:0? My natomiast w ogóle nie przesuwamy się do przodu, jedynie zawodnik zaznaczony na czerwono podejmuje próbę założenia pressingu. Jednak taka akcja w wykonaniu jednego piłkarza nie ma żadnego sensu. Czas leci, a Duńczycy sobie swobodnie rozgrywają piłkę. Oni nie muszą już grać do przodu...

Christian Eriksen - wiadomo piłkarz genialny, reżyser gry Tottenhamu i reprezentacji. Zawodnik, który jest w stanie rozstrzygnąć losy meczu jednym podaniem lub jednym strzałem. Wczoraj dwie asysty i gol. Polacy zupełnie sobie z nim nie radzili, zostawiając mu mnóstwo miejsca w środkowej strefie boiska. Trudno powiedzieć czy wynikało to z błędów naszych zawodników w ustawieniu, czy też z geniuszu duńskiego rozgrywającego, dzięki któremu błyskawicznie i niezauważenie był w stanie wymknąć się nam spod kontroli. 









Eriksen bez trudu znajduje się w wolnych przestrzeniach. Nasi piłkarze są zdecydowanie za daleko, atakują go, gdy ten przygotowany jest już do podania lub oddania strzału. Duńczyk na zmianę uciekał Linettemu i Mączyńskiemu. Brakowało też bliższego podejścia Zielińskiego, czy też Grosickiego, który na trzeciej stopklatce mógłby wywrzeć presję na przeciwniku. Sytuacja przedstawiona na czwartym zdjęciu zakończyła się pięknym uderzeniem i zdobyciem gola na 4:0. Krzysztof Mączyński zajmuje bezsensowną pozycję. Nie jest w stanie utrudnić gry piłkarzowi, którego ma przed sobą, a zarazem nie odcina od podania oznaczonego kolorem czerwonym Eriksena. Błąd popełnia też dwójka graczy zaznaczona żółtym okręgiem. Piłkarz z prawej strony (Makuszewski?) powinien podejść bliżej rozgrywanej akcji, tym samym ograniczając możliwości Duńczyka. To samo dotyczy Arkadiusza Milika. Kilka kroków wykonanych w stronę własnej bramki znacznie uprzykrzyłoby życie Eriksenowi.

Skoro przy golach jesteśmy, warto przyjrzeć się jeszcze raz rzutowi rożnemu, po którym Duńczycy otworzyli wynik.





Wiadomo, Delaney uciekł Zielińskiemu, znalazł się bez krycia i strzelił gola. Spójrzcie jednak na rolę, jaką przy tej bramce odegrał zawodnik w żółtym okręgu. Delaney zaczyna biec do przodu, w tym czasie piłkarz zaznaczony na żółto stoi w miejscu. Zieliński chce podążyć za graczem, który za chwilę trafi do siatki, jednak wpada na Piszczka - cały czas pilnującego piłkarza w żółtym okręgu. Ostatecznie zaznaczony na żółto zawodnik zostaje w miejscu, w którym był przed wykonaniem stałego fragmentu gry, obaj Polacy zderzają się ze sobą, a Delaney pozostaje bez opieki i z łatwością oddaje strzał.

Na koniec zachowanie naszego zespołu przy golu numer trzy.





Oczywiście największe błędy w tej akcji popełnili Michał Pazdan (wybił piłkę pod nogi rywala) i Łukasz Fabiański (odbił futbolówkę przed siebie), ale warto zwrócić uwagę na to, jak (nie)pilnowany jest strzelec bramki Jorgensen. Między kopnięciem piłki w pole karne, a oddaniem strzału przez piłkarza z numerem 9. (Jorgensen) minęło pięć sekund. W piłce nożnej, grze, w której decyzje podejmuje się w ułamkach sekund, jest to szmat czasu. W ciągu tych pięciu sekund Jorgensen stał cały czas bez jakiejkolwiek opieki. Dodatkowo, co widać na ostatniej stopklatce, trzyma rękę w górze, pokazując, że jest wolny do grania. Nasi zawodnicy nie reagują. Jakub Błaszczykowski stoi w miejscu i przygląda się całej akcji. Można próbować bronić go tym, że stara się pilnować gracza z numerem 17. Zupełny brak orientacji w akcji wykazuje piłkarz w żółtym okręgu (Mączyński), spóźniony jest też Linetty (pomarańczowy okrąg). Jeden wielki chaos w naszym polu karnym i przegrywamy 0:3.

Po meczu selekcjoner Duńczyków stwierdził, że kluczem do zwycięstwa było wprowadzenie niepokoju wśród naszych zawodników. Udało się to dzięki agresywnemu pressingowi i wysokiemu ustawieniu wszystkich formacji. Age Hareide mówił też, że przyjęta przez nich taktyka była dość ryzykowna. To prawda, gdyby Polacy potrafili wykorzystać ofensywne nastawienie przeciwnika, szczelnie zablokować środek pola, współpracować ze sobą między formacjami i kontrować - mecz mógłby się zakończyć zupełnie inaczej. Selekcjoner naszych rywali chwalił też swoich graczy za zaangażowanie. Zaangażowanie, którego u nas zabrakło na każdej pozycji. Tomasz Hajto miał rację: wszystko w piłce się zmienia, ale i tak koniec końców wygrywa ten, komu bardziej zależy na trzech punktach. U nas tej chęci widać nie było. Lodowaty prysznic się przydał. Miejmy nadzieję, że chłopaki wyjdą na poniedziałkowy mecz podwójnie zmotywowani. A wtedy rozniesiemy Kazachów.


Książę życia powraca


Zachwycony jest Tony Pulis, który podkreśla, że wreszcie dostał gracza, którego wypatrzył sobie kiedyś, biegającego w andaluzyjskim słońcu, i w którym zakochał się od pierwszego wejrzenia. Zachwycona jest liczna grupa Polaków mieszkająca w okolicach West Bromwich i Birmingham, bo Krycha biegający po murawie stadionu The Howthorns choć trochę przybliży im ojczyznę, za którą na pewno większość z nich tęskni. Z tego powodu zachwyceni mogą też być włodarze klubu - koszulki z "Krychą" na pewno znajdą wielu szczęśliwych właścicieli, a i na trybunach przybędzie zapewne trochę nowych twarzy. Nowi koledzy z zespołu też się ucieszą, Krychowiak przychodzi jako gwiazda, trochę wyblakła i odrobinę spadająca, ale ze sporymi szansami na ponowne rozbłyśnięcie. Do ekipy solidnych, brytyjskich wyrobników, trafia dwukrotny zwycięzca Ligi Europy, gość, który rok temu zachwycał na Euro. Morale, i tak wysokie na początku tego sezonu, mają prawo wystrzelić w górę.

Jednak przede wszystkim uśmiechnięty od ucha do ucha może być sam główny bohater opowieści. Szanse na pierwszy skład są ogromne, powrót do reprezentacji niemal pewny, a i pensja pewnie nie najgorsza. Najważniejsze jest jednak to, że Krycha trafia do ligi skrojonej pod preferowany przez niego styl gry. Walka, dynamika, pojedynki bark w bark, gruchot kości, a wszystko to otulone pokrzykami wariujących kibiców. W West Bromie nikt nie będzie oczekiwał od Krychy finezji Verattiego. Doceniony zostanie nawet po wybiciu piłki na aut.

W całej tej historii dużą rolę odegra też czas. Grzegorz nie grał w poważną piłkę od kilku miesięcy, nie pojechał na przedsezonowe zgrupowanie z PSG. Teraz trafia do drużyny, której zawodnicy już są, albo powoli dochodzą, do optymalnej dyspozycji. On te braki szybko będzie musiał nadrobić. Początki będą trudne, zdarzą się błędy techniczne i nietrafione decyzje. Ale Krychowiak otrzyma kredyt zaufania i go wykorzysta. To pewne.

Nie mogę doczekać się pierwszego meczu Grzegorza, jego pierwszego udanego odbioru, pierwszego czystego wślizgu, pierwszej wygranej walki bark w bark i pierwszej owacji na stojąco. Niebo nad The Howthorns często pokryte jest ciemnymi chmurami, ale wydaje się, że nad karierą Krychy ponownie pojawiają się promyki słońca. Może nie tak gorące jak te w Sewilli, ale to dopiero początek. Poza tym wyobraźcie sobie tę scenę - sobota, godzina 19.00. Pada deszcz, mocno wieje (może nie tak strasznie jak w listopadowy wieczór w Stoke), a po murawie z piłką biegnie taki Alexis Sanchez. A za nim długie susy sadzi Grzesiek Krychowiak i na dwudziestym piątym metrze atakuje czystym wślizgiem, odbierając mu piłkę. Jezu, pasuje idealnie.

Człowiek, który nauczył świat strzelać wolne


To był wyrok. Oliver Kahn rozpaczliwie dreptał w kierunku nadlatującej piłki, interweniując wpadł jeszcze na słupek, ale koniec końców nie był w stanie zapobiec egzekucji. Wyciągając piłkę z siatki, mógł jedynie z niedowierzaniem kręcić głową. Juninho Pernambucano znowu to zrobił. Po raz kolejny w magiczny sposób zamienił rzut wolny na gola. Co z tego, że bramka oddalona była o 35 metrów, a dostępu do niej strzegł jeden z najlepszych ówcześnie bramkarzy na świecie.
"Jest moją inspiracją"


Powiedzieć, że Juninho słynął z rzutów wolnych, to nie powiedzieć nic. Brazylijski rozgrywający zdefiniował je na nowo. Mówisz wolny - myślisz Juninho. Sprawił, że stały się równie zabójcze co rzuty karne. On wręcz nauczał piłkarski świat, jak uderzać stojącą piłkę. Jednym z jego uczniów był Andrea Pirlo. Cały rozdział w autobiografii włoskiego piłkarza poświęcony jest Brazylijczykowi.

"Ten człowiek robił z piłką nieprawdopodobne rzeczy. Był jak dyrygent, który dyryguje swoją orkiestrą za pomocą batuty trzymanej stopą. [...] Obserwowałem go, kolekcjonowałem nagrania jego strzałów, zbierałem nawet stare fotografie, których był bohaterem. Starałem się podpatrzeć gdzie kopie piłkę, a nie jak to robi. Dlatego kiedy wychodziłem na boisko, by ćwiczyć rzuty wolne, nie mogłem trafić w bramkę."

"Sekret Juninho był moją obsesją. Myślałem o tym codziennie. Olśnienie nadeszło, gdy siedziałem w toalecie. Zrozumiałem, że magicznym rozwiązaniem jest to, w jaki sposób Juninho uderza piłkę, a nie gdzie celuje - tylko trzy palce powinny mieć kontakt z piłką."


Następnego dnia Pirlo wcześniej pojawił się na boisku treningowym. Zastał tam jednego z członków sztabu, który przygotowywał plac do zajęć. Włoch poprosił go o piłkę. Ustawił ją kilkanaście metrów od bramki, wziął rozbieg, uderzył futbolówkę i trafił do pustej bramki. Chwilę później piłka ponownie ugrzęzła w siatce. Sekret został złamany, lecz powtarzalność Brazylijczyka była nie do przebicia.

Przed mundialem w Brazylii Juninho odwiedził ośrodek treningowy reprezentacji Włoch. Spotkał się tam między innymi z Andreą Pirlo. Po wizycie komplementował włoskiego pomocnika - "Pirlo jest demonem. Nie tylko skopiował moją technikę strzału, on ją ulepszył. Gdybym nadal grał, starałbym się stać od niego lepszym, ale musiałby mnie nauczyć swojego sposobu."

Juninho przebył drogę, którą rzadko podążają gwiazdy brazylijskiego futbolu. Zanim trafił na Stary Kontynent zdążył rozegrać ponad 100 meczów w barwach Vasco da Gama. Dwukrotnie wygrał ligę brazylijską, tryumfował też w rozgrywkach Copa Libertadores. Z tamtym okresem wiąże się pewna niesamowita historia. Juninho jednego dnia wystąpił w dwóch meczach rozgrywanych w dwóch różnych państwach. We wrześniu 1999 roku najpierw pojawił się na boisku w spotkaniu przeciwko Argentynie, by kilka godzin później, wraz z kolegami z Vasco da Gamy, lecieć do Urugwaju na konfrontację z Clubem Nacional de Football.

Do Lyonu trafił w wakacje dwutysięcznego roku. Dwa lata później Olympique zdobywa pierwszy w historii tytuł mistrza Francji. Rozpoczyna się kosmiczna era. Juninho prowadzi swoich kolegów do siedmiu z rzędu tryumfów w lidze, Lyon trzykrotnie osiąga ćwierćfinał Ligi Mistrzów. Nikt nie chce grać przeciwko klubowi ze wschodniej Francji, wszyscy boją się maszyny napędzanej m.in. przez brazylijskiego pomocnika. W 2009 roku Juninho opuszcza Lyon i trafia do Kataru. Wraz z jego odejściem kończy się mistrzowska passa Olympique'u. Od 8 lat klub nie jest w stanie nawiązać walki o krajowy tytuł.

W styczniu 2014 roku Juninho Pernambucano zdecydował, że więcej wolnych już nie wykona. Zakończył swoją profesjonalną karierę w dniu swoich 39. urodzin. Na zwołanej z tej okazji konferencji prasowej zalał się łzami. Bramkarze odetchnęli z ulgą - wcześniej to oni płakali z powodu ustawiającego piłkę na trzydziestym metrze Brazylijczyka...

Przemek Gołaszewski

Derby Manchesteru - gość, który nigdy nie przegrał i legenda, która wyprowadziła fanów z równowagi


Na początek podstawowe liczby. Dotychczas rozegrano 173 oficjalne mecze derbowe. Manchester United wygrał 72 spotkania, City 50, a 51 gier zakończyło się remisem. Najwięcej występów w derbowych potyczkach? Ryan Giggs – 36. Najlepszy strzelec w historii derbów? Wayne Rooney – 11 goli.


Czas na odrobinę historii.

1. Pierwszy mecz derbowy rozegrano w 1881 roku. Kluby nie nazywały się wówczas tak jak dziś. Manchester United znany był pod nazwą Newton Heath, a City – St. Mark's. Przodek Manchesteru United wygrał tamto spotkanie 3:0. Gospodarzem meczu byli zawodnicy St. Mark's.

2. Przed II wojną światową kibice w Manchesterze często nie opowiadali się konkretnie za jedną z drużyn. Nie było w tym nic szczególnego, że piłkarscy fani najpierw oglądali występ United, a następnie przenosili się na stadion City.

3. Od początku istnienia obu klubów (Newton Heath liczymy jako Manchester United, a St. Mark's i później Ardwick jako Manchester City) 34 zawodników reprezentowało barwy zarówno Manchesteru City oraz Manchesteru United. Ostatnią transakcją pomiędzy City a United był transfer Owena Hargreavesa w 2011 roku.

4. Ernest Mangnall jest jedynym menedżerem w historii, który prowadził oba kluby z Manchesteru. Słowo „menedżer” jest jednak niezbyt precyzyjne, bowiem w czasach jego pracy funkcję tę nazywano „sekretarzem”. Mangnall był szkoleniowcem United w latach 1903 – 1912. Poprowadził klub do zwycięstwa w Pucharze Anglii (sezon 1908/1909), dwukrotnie wygrał ligę (1907/08 i 1910/11) oraz dwa razy zdobył Tarczę Dobroczynności (1908 oraz 1911). Przygoda z lokalnym rywalem nie była już tak udana, bowiem Mangnall w City nie zdobył żadnego trofeum.

Ernest Mangnall

5. Mangnall dokonał też pierwszego transferu pomiędzy, istniejącymi już pod aktualnymi nazwami, klubami. W roku 1906 ściągnął z City Walijczyka Billy'ego Mereditha. Pozycja, na której grał zawodnik dziś już nie istnieje. W czasach świetności formacji 2-3-5 nazywaną ją „outside forward”. Dziś przyjąć można, że zawodnik zajmujący tę pozycję na boisku, to ktoś w rodzaju dzisiejszego skrzydłowego. 

6. Meredith występował w barwach Czerwonych Diabłów do roku 1921. Wówczas Mangnall, będący już szkoleniowcem Manchesteru City, ściągnął Walijczyka z powrotem. Billy Meredith rozegrał w barwach Manchesteru City 367 meczów i strzelił 129 goli. Natomiast jako zawodnik United wystąpił w 303 spotkaniach i zdobył 35 bramek.

7. W swoim ostatnim w karierze meczu ligowym Denis Law, wówczas zawodnik Manchesteru City, doprowadził fanów United do furii. Była to końcówka sezonu 1973/74. Przez 81. minut na Old Trafford utrzymywał się wynik 0:0. Wówczas, znajdujący się na linii pola bramkowego, Denis Law otrzymał piłkę z prawej strony. Stał plecami do bramki, nie zastanawiał się długo i bez przyjęcia uderzył w stronę bramkarza rywali. Co więcej, strzelał piętką. Piłka minęła bramkarza i zatrzymała się na siatce. Denis Law nie pokazywał radości. Porażka United i rezultaty innych spotkań oznaczały, że Czerwone Diabły spadają z ligi. Kibice zgromadzeni na Old Trafford nie wytrzymali i wtargnęli na boisko. Mecz został przerwany w 85. minucie. Komisja ligi uznała jednak, że wynik 0:1 powinien zostać zachowany. Manchester United w ten pełen emocji sposób pożegnał się z najwyższą klasą rozgrywkową.


8. Peter Schmeichel nigdy nie przegrał w derbach Manchesteru. Duński bramkarz reprezentował barwy obu klubów. Jako piłkarz Manchesteru United dziewięciokrotnie mierzył się z The Citizens. Osiem meczów zakończyło się zwycięstwem Czerwonych Diabłów, jeden remisem. Schmeichel 4 razy zachował czyste konto, a wpuścił 7 goli. Jako piłkarz Manchesteru City Schmeichel zagrał raz, a jego drużyna wygrała wówczas 3:1.



Przemek Gołaszewski

Z eleganckiego balu na popijawę do remizy

  
Miało być wielkie piłkarskie święto, bal dla elit, na który przeciętniacy nie mają wstępu. I jak to w życiu bywa - elegancka impreza została zepsuta przez kilku panów, którzy nie dostosowali się poziomem do reszty towarzystwa.

Zaczęło się według spodziewanego scenariusza. Uczestnicy balu z klasą rozpoczęli swoje święto. Było pięknie, dynamicznie, oderwanie wzroku od ekranu telewizora graniczyło z cudem. Piłkarze obu ekip od pierwszego gwizdka chcieli dać pokaz swoich umiejętności. Nie czekali z popisowym tańcem, postanowili zaprezentować go od razu, na wejście.

Zabawa była przednia, nie było miejsca na nudę. Jednak wraz z upływem kolejnych minut, okazało się, że na sali znajdują się też goście, dla których sfery były za wysokie. Przez kilku panów w żółtych kreacjach bal został obdarty z szat i nagle okazało się, że goście uczestniczą w popijawie na parkiecie lokalnej remizy.

Ten dwumecz miał w sobie ogrom przesłanek, które mogły sprawić, że stanie się niezapomniany. Na ławkach trenerskich mistrz mierzył się ze swoim uczniem. Na murawie gwiazdozbiór z Cristiano Ronaldo i Robertem Lewandowskim na czele. Wielu mówiło nawet, że jest to pojedynek mogący wpłynąć na wynik plebiscytu o Złotą Piłkę. Były emocje, były gole, rzuty karne i czerwone kartki. I zgadza się, ten dwumecz nie zostanie zapomniany. Co więcej, dzięki postawie Viktora Kassaiego i jego asystentów może okazać się, że starcie Realu z Bayernem mocno przyłoży się do wielkiej futbolowej reformy - wprowadzenia powtórek wideo dla arbitrów.

Piłkarskie święto, jak sama nazwa wskazuje, powinno posiadać pewien sakralny pierwiastek. Tymczasem, gdy jak na dłoni widać, że jego celebransami nie są istoty na wpół boskie, a słabi, mylący się ludzie, z przeżywania takiego wydarzenia nie można czerpać żadnej duchowej radości. Kibice Bayernu są wścielki, podejrzewam, że fani Realu też czują pewien niesmak. Widzowie bezstronni rozkładają ręce, kręcą głową z niedowierzaniem i klną pod nosem. Na tym poziomie ta piękna gra nie ma prawa wyglądać tak żałośnie. Nikt nie wyraża zgody, by w ten sposób odbierać jej godność.

Dżentelmen z gwizdkiem w ręku uznał bramkę z metrowego spalonego. Z metrowego spalonego w ćwierćfinale Ligi Mistrzów! A przecież można mieć też wątpliwości co do gola na 3:2, ofsajdu przy sytuacji, po której samobója strzelił Ramos i drugiej żółtej kartki dla Arturo Vidala. Casemiro również mógł, a może i powinien, stać się czerwony. Tego meczu nie przegrał Bayern. Porażkę poniósł futbol.
Często powtarzany jest slogan, że piłka to gra błędów. Ten dwumecz doskonale to pokazał. Są jednak pomyłki, dzięki którym futbol smakuje lepiej. Sprawiają ból jednej stronie i choć jest on równie dotlkiwy, łatwiej się nam z nim pogodzić. Niestety jest też druga kategoria błędów grzechy śmiertelne, skazujące na potępienie, bo dotykają całe piłkarskie środowisko.

Nie da się stwierdzić, czy podopieczni Ancelottiego dotrwaliby do dogrywki, a tam wygrali w serii jedenastek. Być może, gdyby nie pomylił się sędzia, błąd popełniłby szalenie poobijany Hummels, co zakończyłoby się golem dla Realu. Albo Boateng w głupi sposób straciłby piłkę, otwierając tym samym drogę do bramki Neuera. Wówczas cierpieliby fani Bayernu. Ból byłby dokuczliwy, ale też w pełni akceptowalny. Po decyzjach sędziego Kassaiego cierpi całe piłkarskie środowisko. Ten rodzaj bólu jest nie do zaakceptowania, nie załagodzi go również czas. Nawet jeśli, to zaraz równie straszliwie pomyli się ktoś inny i wynik kolejnego meczu zostanie wypaczony. Futbol przyjmie kolejny cios, a cierpienie wróci.

Arturo Vidal grał doskonały pierwszy mecz. Rządził i dzielił w środku pola, strzelił gola otwierającego wynik spotkania. Był niemal bezbłędny. Niemal, bo zmarnował karnego. Jedna zła decyzja, chwila zawahania, jeden nieodpowiedni ruch nogą i pojawia się rysa nieusuwalna. Rewanż dopełnia dzieła. Głupia, ale przede wszystkim w tamtej sytuacji niezasłużona, druga żółta kartka i osłabienie drużyny w krytycznym momencie. Vidal cały czas grał na pograniczu faulu, spóźniał się i ryzykował. Mógł być ukarany wcześniej. Człowiek, który napoczął dwumecz, stał się jednym z antybohaterów. Jednak Chilijczyk nie zbierze batów, to nie o nim będzie mówiło się jeszcze długo. O ironio, może być za to wdzięczny arbitrom spotkania. On popełnił błąd, oni dopuścili się zbrodni.

A przecież błędów mogło być jeszcze więcej. Carlo Ancelotti ściągnął w końcówce meczu Roberta Lewandowskiego. W dogrywce Polak w dowolnej chwili mógł rozstrzygnąć to starcie. Przecież nawet kiedy nie oddawał strzałów, tworzył takie zamieszanie, że Ramos wpakował piłkę do własnej bramki. Co działoby się po meczu, gdyby Bayern wytrzymał do rzutów karnych i odpadł? Kozłem ofiarnym stałby się Ancelotti. To przez niego egzekutor jedenastek oglądałby je z ławki. Jedna niefortunna myśl, nietrafiona decyzja i błąd, który mógł zadać ból, ale równocześnie byłby w pełni uzasadniony. I piękny, bo takie potknięcia tworzą tę grę. Pomyłki sędziów natomiast nie do zniesienia. Za bardzo bolą i uderzają w zbyt wiele osób.


Przemek Gołaszewski

Ludovic Giuly - Skrzydłowy, który uniósł Monaco i Barcelonę


Był szybki i nieprzewidywalny. Doskonale trzymał się na nogach. Mijał przeciwników jak tyczki, nieważne czy akurat prowadził piłkę przy nodze, czy wbiegał w pole karne, by zakończyć strzałem podanie od kolegi. Starał się grać tak, jak jego idol z dzieciństwa – Diego Maradona. Mimo że mierzył 164 centymetry wzrostu, był piłkarzem wielkim. Można wręcz odnieść wrażenie, że jego gra była przystawką przed nadejściem samego Leo Messiego.

Ludovic rozpoczął swoją przygodę z futbolem od małej drużyny Monts d'Or Azergues Foot, w której po zakończeniu profesjonalnej kariery grał też jego ojciec – Dominique – były bramkarz Bastii. W wieku 18 lat Giuly trafia do Lyonu i debiutuje w rozgrywkach Ligue 1. Cztery lata później opuszcza klub i przenosi się do AS Monaco za, pokaźną w tamtych czasach, kwotę 7,5 miliona euro. W ten sposób Giuly stawia krok, który lada moment okaże się być początkiem jego wędrówki po trofea.

Wszystko zaczyna się perfekcyjnie. Francuski skrzydłowy z dnia na dzień staje się kluczową postacią drużyny i w sezonie 1999/2000 prowadzi klub z Księstwa do mistrzostwa kraju. Niestety, zaraz po tym sukcesie zostaje sprowadzony na ziemię. Kolejne sezony są dla Monaco tragiczne. Klub dwukrotnie kończy rozgrywki ligowe w drugiej dziesiątce, a sam Giuly w 2001 roku łapie poważną kontuzję kolana, pozbawiającą go szans na udział w azjatyckim mundialu.

Jednak „magiczny elf”, jak nazywano go w Lyonie, tak łatwo się nie poddał. W sezonie 2003/2004, wraz z Jeromem Rothenem, Fernando Morientesem i Dado Prso tworzy ofensywę marzeń, przed którą drży Francja i pokłony składa cała Europa. Monaco kończy rozgrywki ligowe na trzecim miejscu, Giuly z trzynastoma golami na koncie jest najlepszym strzelcem drużyny.

Ukoronowaniem ma być jednak zwycięstwo w Lidze Mistrzów, przez którą podopieczni Didiera Deschampsa idą jak burza. Wygrywają grupę, w następnych fazach eliminują Lokomotiv Moskwa, Real Madryt i Chelsea. Sam Giuly z czterema golami i czterema asystami znacznie przykłada się do awansu do finału, gdzie na piłkarzy z Księstwa czekał Jose Mourinho i jego legendarne już Porto. 


Na decydujący mecz Ludovic Giuly wyprowadza swoich kolegów w roli kapitana. Po 23 minutach upada. Uraz pachwiny. Francuz opuszcza boisko. Kontuzja odebrała mu już szansę na występ na mundialu, teraz zabiera mu ponad godzinę finałowego starcia Ligi Mistrzów i, jak okaże się później, wyklucza go z udziału w Euro 2004. Monaco bez Giuly'ego nie daje rady doskonałemu Porto. Portugalczycy wygrywają 3:0 i zgarniają puchar.

Latem zgłasza się po niego FC Barcelona, z którą Francuz podpisuje trzyletni kontrakt. Pierwszy dzień w nowym klubie nie wiąże się z dobrymi wspomnieniami. „Przybyłem do Barcelony i, by wyglądać elegancko, kupiłem biały garnitur. Tymczasem, wszyscy dziwnie się na mnie patrzyli. Kompletnie zapomniałem, że są to barwy Realu Madryt! Dzień później wyrzuciłem ubranie do kosza" - mówił po latach.

W Katalonii staje się częścią drużyny, dzięki której miliony dzieciaków zakochują się w futbolu. Ronaldinho zachwyca na lewym skrzydle, Giuly trzęsie prawą stroną boiska, a między nimi dzieli i rządzi Samuel Eto'o. W bordowo – granatowej koszulce Francuz dwukrotnie zdobywa tytuł mistrza kraju, zwycięża w Superpucharze Hiszpanii. W końcu sięga też po puchar, którego tak blisko był w Monaco.

W półfinale rozgrywek Ligi Mistrzów w sezonie 2005/06 strzela jedyną bramkę dwumeczu z Milanem. W swoim stylu, znienacka wybiega zza pleców obrońców do piłki zagranej przez Ronaldinho i potężnym strzałem pokonuje Didę. W finale przeciwko Arsenalowi zostaje sfaulowany przez Jensa Lehmanna, za co Niemiec otrzymuje czerwoną kartkę. Mimo tego, Barca przez długi czas nie potrafi znaleźć sposobu na Anglików. Nadchodzi 76. minuta i Eto'o wyrównuje. Cztery minuty później Juliano Belletti dobija Arsenal. Giuly wkracza do piłkarskiego raju.

W Barcelonie Francuz poznaje Leo Messiego. Szesnastoletni Argentyńczyk trenuje z pierwszą drużyną, a Giuly podsumowuje go w ten sposób: „Messi miał tylko 16 lat, a niszczył nas na treningach. Wszyscy kopali go jak się da, by nie ośmieszało ich dziecko. To było niewiarygodne, potrafił przedryblować czterech rywali, a następnie strzelić gola.”

Po odejściu z Barcelony reprezentował jeszcze barwy Romy, PSG i Lorient. Wrócił także do prowadzonego przez Claudio Ranieriego Monaco, jednak po jednym sezonie opuścił klub za porozumieniem stron.

Ostatni rozdział tej piłkarskiej historii jest niezwykle wymowny. Po zakończeniu profesjonalnej kariery, tak samo jak ojciec, wrócił do klubu Monts d'Or Azergues Foot. W 2014 roku w Pucharze Francji los skrzyżował jego drużynę z AS Monaco. Co więcej, mecz rozegrano na Stade Ludovic Giuly, bowiem władze Monts d'Or Azergues Foot taką nazwę nadały malutkiemu obiektowi w 2013 roku.

Senegalski taniec szczęścia


31 maja 2002 roku, Seul World Cup Stadium

Piłkarze reprezentacji Senegalu celebrują pierwszą bramkę w historii kraju zdobytą na turnieju Mistrzostw Świata.

 

Senegalczycy jechali na japońsko – koreański mundial jako wicemistrzowie Afryki, jednak nikt nie oczekiwał od podopiecznych Bruna Metsu cudów w debiucie na taki ważnej imprezie. Zwłaszcza, że piłkarze z Czarnego Lądu trafili do wymagającej grupy z Urugwajem, silną Danią i przede wszystkim z broniącą tytułu mistrzowskiego Francją.

Mecz przeciwko reprezentacji Francji był wyjątkowy z kilku powodów. Po pierwsze było to spotkanie otwierające turniej, bowiem w tamtym czasie prestiż rozegrania pierwszego meczu mundialu przypadał aktualnemu mistrzowi globu. Atmosferę podgrzewał fakt, że Senegal to dawna francuska kolonia, która jako niepodległe państwo funkcjonuje od 1960 roku. Zawodnicy z Afryki chcieli też utrzeć nosa swoim klubowym kolegom, bowiem aż 21 piłkarzy z 23-osobowego składy występowało na co dzień w lidze francuskiej.

Historyczny gol został strzelony w 30 minucie spotkania. Błąd jednego z zawodników Trójkolorowych spowodował stratę piłki w okolicach środka boiska. Jednym błyskawicznym podaniem futbolówka została przeniesiona na lewą stronę boiska, gdzie dopadł do niej El Hadji Diouf. Wypuszczając piłkę, zgubił interweniującego wślizgiem obrońcę i natychmiast zagrał ją na piąty metr pola karnego, gdzie z impetem wbiegał Papa Bouba Diop (nr 19 na zdjęciu). Ofensywnemu pomocnikowi starał się jeszcze przeszkodzić rozpaczliwie interweniujący Emmanuel Petit. Dzięki rykoszetowi pierwsze uderzenie Diopa zostało wybronione przez Fabiena Bartheza, jednak francuski golkiper nie miał już szans przy dobitce Senegalczyka.

Strzelec bramki pomknął w kierunku narożnika boiska, zapraszającym gestem przywołał kolegów, ściągnął koszulkę, rozłożył ją przy chorągiewce i rozpoczął taniec radości, do którego natychmiast przyłączyli się inni reprezentanci Senegalu.

Mistrzowie świata ruszyli do ataku, jednak świetny mecz rozgrywał senegalski bramkarz – Tony Sylva. Francuzi nie byli w stanie go pokonać, Thierry Henry oraz David Trezeguet obijali słupki i poprzeczkę, a bezradnym kamratom z ławki rezerwowych przyglądał się kontuzjowany Zinedine Zidane. Mecz zakończył się zwycięstwem Senegalu 1:0. Jak okazało się później, przegrany mecz otwarcia był dla Trójkolorowych preludium do haniebnego występu na azjatyckim mundialu. Obrońcy tytułu nie wygrali żadnego meczu, ba, nie strzelili nawet ani jednego gola. W drugiej grupowej potyczce zremisowali 0:0 z Urugwajem, a następnie zostali ograni przez Duńczyków 0:2 i z hukiem wylecieli z turnieju, zajmując ostatnie miejsce w grupie.

Tymczasem, rozochocony historycznym wynikiem Senegal rozpoczął swoją wędrówkę do najlepszej „ósemki” mistrzostw. W pozostałych meczach grupowych Lwy Terangi ugrały dwa remisy – z Danią 1:1 i z Urugwajem 3:3. W 1/8 finału zawodnicy Bruna Metsu trafili na reprezentację Szwecji, sensacyjnego zwycięzcę grupy F (w której znaleźli się też Anglicy, Argentyńczycy i Nigeryjczycy). W regulaminowym czasie mecz zakończył się wynikiem 1:1, jednak w 107 minucie Złotego Gola strzelił Henri Camara.

W ćwierćfinale Senegalczycy stoczyli zacięty bój z inną rewelacją turnieju – reprezentacją Turcji. Również na tym etapie o zwycięstwie zdecydował Złoty Gol, jednak tym razem sprowadził on na Senegalczyków deszcz łez. W 97 minucie Inhan Mansiz zakończył piękny sen biednego, afrykańskiego kraju, przedłużając tym samym inną cudowną historię. Senegal jako druga drużyna z Czarnego Lądu dotarł do ćwierćfinału mundialu (wcześniej Kamerun osiągnął tę fazę w roku 1990), a Turcy wkroczyli na kolejny stopień schodów prowadzących ich do piłkarskiego raju, którym okazał się być tytuł trzeciej drużyny globu.